Carey o sobie

(tłumaczenie ze strony: http://mikeandpeter.com/about/about-mike-carey/)

Urodziłem się w Liverpoolu w 1959 roku, w czasach kiedy miasto, a właściwie port chylił się ku totalnemu upadkowi i całe zaplecze przemysłowe zaczynało się rozpadać. Podczas wojny mój ojciec służył w marynarce i kiedy wrócił do domu, nie pozostało mu nic innego, jak tylko podjąć kilka kiepsko płatnych prac w stoczni i fabrykach. Często bywał bezrobotny, ponieważ upadek przemysłu i panujący dokoła kryzys sprawił, że pracodawcom nie zależało na stałych pracownikach. Oni po prostu szukali taniej siły roboczej. Kiedy dorastałem, moi rodzice pracowali w piekarni o nazwie Taylors Bakery i to właśnie tam po raz pierwszy zaznałem przedsmaku piekła.

Przepraszam, jeśli zabrzmiało to zbyt melodramatycznie. Jednak mój ojciec pracował bezpośrednio przy wielkich piecach, wyjmując z nich bochny chleba i kładąc je na taśmę, gdzie były następnie testowane i zawijane. Czasami zanosiłem mu obiad. Jego miejsce pracy sprawiało niewiarygodne wrażenie. Ciemno jak w środku nocy, upał nie do zniesienia, wokół pełno spoconych, harujących mężczyzn, którzy nawet na chwilę nie mogli sobie zrobić przerwy. Tato nosił wielkie azbestowe rękawiczki sięgające ramion. Dzięki nim wyciągał z pieca za jednym razem cały rząd form pełnych gorącego chleba. Jeśli rękawice się zsunęły z ramion lub formy były nierówno ułożone na szynach, narażało to tatę na oparzenia, ale i tak musiał wyciągać tace, ponieważ gdyby nie wyjął ich na czas, zostałyby wypchnięte przez następny rząd tac, mogłyby upaść na podłogę i ulec zniszczeniu.

Mój tato pracował przez 72 godziny w tygodniu – sześć zmian po 12 godzin w systemie dwuzmianowym, co w tamtych czasach było często praktykowane – tydzień na pierwszą zmianę (od ósmej rano do ósmej wieczorem) i następnie tydzień na drugą zmianę (od ósmej wieczorem do ósmej rano). W ciągu roku miał 20 dni urlopu, a cała reszta jego życia wyglądała jak cholerne syzyfowe prace. Kiedy na myśl przychodzi mi piekło, do dziś widzę przed oczami piekarnię Taylor’s Bakery.

Jak trafiłem do świata komiksów? W tamtych czasach istniało świetne brytyjskie wydawnictwo o nazwie Fantasy Advertiser, redagowane przez Martina Skidmore’a, którego właścicielem i fundatorem był Neptune – firma dystrybucyjna. Wysyłałem tam swoje recenzje i sporadyczne artykuły (z których tylko jeden został opublikowany). W późnych latach 80-tych Neptune zdecydował się na magiczny ruch i stworzył swoje własne wydawnictwo komiksowe pod nazwą Trident. Do jego dokonań zaliczyć można publikacje St Swithin’s Day Granta Morrisona i pierwsze prace Marka Millara.

Tak się złożyło, że znałem trochę Martina, a ponieważ zawsze chciałem pisać komiksy, wysłałem mu kilka pomysłów – jeden na serię psychologicznych horrorów o nazwie The Legions of Hell i drugi na groteskowo pretensjonalny komiks o superbohaterach w stylu post-Watchmenowskim zatytułowany Aquarius. Zaakceptował obydwa scenariusze i napisałem około sześciu skryptów – po trzy pierwsze do obydwu serii. Ilustracje do Aquariusa stworzył Ken Meyer Jr.

I wtedy – w wyniku przebiegłego marketingowego ruchu, który miałem w przyszłości poznać – firma Neptune Distribution zbankrutowała, a moja dobrze zapowiadająca się kariera legła w gruzach. Pierwsze 17 stron Aquariusa pojawiło się tylko w antologii Toxic należącej do wydawnictwa. Dwa lata później dzięki pomocy przyjaciela Johna Charlesa, który pracował w Trident jako grafik, odzyskałem ilustracje Kena. Wszystkie niepowodzenia dopisaliśmy do rachunku naszych życiowych doświadczeń.

Dzięki Kenowi poznałem Lurene Haines, która działała jako mój nieoficjalny (i nieopłacany) agent na początku lat 90-tych. Dzięki niej opublikowałem kilka prac w Malibu’s Rock-It Comics. Były to głównie komiksy o Ozzim Osbournie i Panterze – Pantera to pierwsza z moich odnotowanych prac, na szczęście ciężko ją znaleźć. W tym samym czasie Ken zaczął pracować w wydawnictwie Caliber, gdzie współpracował z Pruettami i Garym Reedem. Malibu zostało wykupione i jak zapewne wiecie, część ich utalentowanej ekipy została wchłonięta przez firmę Marvel, a część „wyprowadzona za stodołę i zastrzelona”. Ja trafiłem do tej drugiej kategorii.

Około 1996 roku Caliber skontaktował się ze mną i otrzymałem propozycję pracy nad jedną linią tytułów, które zamierzali wydawać. Przysłali mi 4 lub 5 jednostronicowych szkiców i wybrałem jeden, na podstawie którego stworzyłem „krótko żyjący”, ale zabawny komiks o nazwie Inferno. Inferno od początku napotykał na trudności z terminami, chociaż ja oddawałem skrypty na czas. W efekcie ukazało się tylko 5 części – na tyle jednak dużo, bym mógł używać Inferno jako swojej wizytówki, wysyłając każdy kolejny wydany numer do Alisy Kwiney w wydawnictwie DC.

Zrobiłem też parę innych projektów dla Calibra – krótkie opowiadanie dla tytułu Negative Burn pod nazwą Suicide Kings (ilustracje Paula Holdena), 48-stronicowy Doctor Faustus (ilustracje Mike’a Perkinsa). To Doktor Faustus sprawił, że Alisa zadzwoniła i zaproponowała mi serię Lucyfer, więc reasumując (mimo kolejnych kłótni i wzajemnych oskarżeń) praca dla Calibra była najlepszą decyzją, jaka kiedykolwiek podjąłem.
 

Egmont 2007
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka prywatności