Wywiad z Tomaszem Kołodziejczakiem o jego nowej książce "Czarny horyzont"

Serdecznie zapraszamy wszystkich do przeczytania wywiadu, który znajduje się w całości w zakładce "Do poczytania" na stronie internetowej antologii Fantasy komiks:

http://www.quki.pl/fantasykomiks

 

 

Wywiad z Piotrem Kowalskim (autorem "Wydziału Lincoln")

Oto najświeższy wywiad z Piotrem Kowalskim. Zapraszamy.

http://www.polskieradio.pl/zagranica/pl/news/artykul133536.html

Tadeusz Baranowski:
O Autorze
Tadeusz Baranowski urodził się w 1945 r. Ukończył wydział malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W tym samym mieście mieszka i pracuje do dziś. Rysownik i scenarzysta, uznawany za klasyka polskiego komiksu humorystycznego, zadebiutował w roku 1975 na łamach "Świata Młodych". W latach 70. współpracował także z "Razem" - gdzie ujrzał światło dzienne Praktyczny Pan (1977 r.) - tworzył także dla legendarnego miesięcznika komiksowego "Relax", którego przebojem stały się przygody najsławniejszego bohatera Baranowskiego - Orient Mena (1976 r.). W latach 80. autor rysował do scenariusza Jeana Dufauxa komiks "Historia wyssana z sopla lodu", współpracował również z magazynem "Tintin". Także w tamtym czasie zaczęły się ukazywać w Polsce jego zwariowane albumy humorystyczne, stanowiące kanon komiksu polskiego (patrz Bibliografia). Do chwili obecnej ukazało się ich aż trzynaście! W ostatnich latach Tadeusz Baranowski intensywnie pracował nad nowymi odcinkami "Porad Praktycznego Pana" oraz Orient Mena. Zajmuje się również ilustracjami książkowymi oraz grafiką użytkową.
Wywiad z Autorem

Nie traktuję tego śmiertelnie poważnie
Tadeusz Baranowski opowiada o swoich komiksach

Początki...
Interesowałem się komiksem już w latach 50., kiedy w Polsce prawie go nie było. Pojawienie się magazynu "Przygoda" było dla mnie wielkim wydarzeniem. Miałem też dostęp do francuskiego pisma komiksowego "Valiant". Ojciec, artysta-plastyk, był zdecydowanie przeciwny tej fascynacji. Podczas nauki na ASP w ogóle nie zajmowałem się komiksem. Po studiach zacząłem pracować w "Świecie Młodych", a tam potrzebowano komiksu bardzo dużo, bo pismo ukazywało się trzy razy w tygodniu. Nie odpowiadało mi rysowanie do scenariuszy innych, więc zacząłem sam sobie je pisać. Wtedy rysowałem dużo historyjek dla dzieci, a Młodzieżowa Agencja Wydawnicza postanowiła, że zrobi z nich książeczki. To były czasy, kiedy łatwo było sprzedać trzy miliony egzemplarzy...

Humor...
Ja nie traktuję tego śmiertelnie poważne, co widać w moich komiksach. Zawsze bawiło mnie wiązanie formy rysunkowej z treścią, chodziło o to, żeby była ona jak najbardziej przewrotna. Na przykład kiedy Profesorek Nerwosolek podróżuje z Entomologią po Trójkącie Bermudzkim, ten Trójkąt się wywraca, potem wstaje, najważniejsze jest to, że cztery kąty i piec piąty, a w ogóle to przydałaby się kwadratowa kula. Często scenariusze pisałem na złość komuś. Tak było z jednym z odcinków Orient Mena ("Świat Komiksu" 5 -przyp. red.). Tomasz Kołodziejczak powiedział, że jest za mało śmiesznie, więc dopisałem: "żeby było śmieszniej" wszędzie gdzie się dało. I to wyszło komiksowi na dobre. Zawsze bardzo lubiłem dowcip skojarzeniowy, to że pewne słowa mają podwójne dno. Jeśli pod określony tekst, który wydaje się być zwyczajny, podłoży się przewrotny rysunek, otrzyma się efekt komiczny. I to mnie stale bawi.

Jak powstają komiksy...
Kiedy zasiadam do rysowania planszy, historie mam już obmyślaną od początku do końca. Potem ewentualnie wprowadzam drobne korekty. Rzadko scenariusz przychodzi mi do głowy od razu, częściej rodzi się w bólach. Przy dużym wysiłku jestem w stanie przygotować cztery plansze miesięcznie, tyle czasu zajmuje pisanie scenariusza, narysowanie planszy ołówkiem, potem piórkiem, pokolorowanie, zeskanowanie i obróbka komputerowa.

Nowości i plany...
Moje komiksy po powrocie z Belgii, gdzie pojechałem na zaproszenie Rosińskiego, nie wzbudzały wielkiego zainteresowania i dopiero w ostatnich latach pewna agencja reklamowa zleciła mi rysowanie słonia "Twist" do "Komiksowa" w "Gazecie Wyborczej". Poza tym firma Zurich postanowiła ze swoją ofertą trafić do osób z mojego pokolenia, więc zwrócono się do mnie z propozycją stworzenia komiksu do Internetu. Zaproponowałem im "Praktycznego Pana". 27 lat temu wymyśliłem postać Praktycznego Pana jako antidotum na komiksy dla dzieci. Niektóre dowcipy w tych historiach są bardzo grube. Ostatnio na konwencie zagorzali fani mi o nim przypomnieli, więc zacząłem rysować kolejne odcinki dla siebie, bez żadnego zamówienia. Zurich zgodził się na "Praktycznego Pana", więc przygotowałem już 26 odcinków tego komiksu.
Moje plany są uzależnione od wydawców. Mam jeszcze do narysowania 12 odcinków "Praktycznego Pana" do Internetu, poza tym prowadzę rozmowy na temat zebrania wszystkich "Orient Menów" i wydanie ich jako album.

Polski rynek komiksowy...
Na rynku jest w tej chwili dużo świetnych rysowników. Jednak cierpią oni na brak dobrego scenariusza i odpowiedniego wynagrodzenia. Z młodych dla mnie numerem jeden jest "Jeż Jerzy" Skarżyckiego i Leśniaka.

Rady dla młodzieży...
Komiks wymaga przede wszystkim wielkiej pracowitości. Trzeba umieć wszystko pokazać. Jak się okazuje, że się nie umie narysować konia, a koń jest niezbędny, to zaczyna się tragedia. Jeżeli ludzie chcą tworzyć komiksy, muszą rysować dużo. A niestety praca przy komiksie jest żmudna i pochłania mnóstwo czasu.
A scenariusze to już wola Boża...
Wspomnienia rysownika zapisała Ksenia Chamerska ("Świat Komiksu" 23, czerwiec 2001)

Bibliografia

albumów Tadeusza Baranowskiego

NA CO DYBIE W WIELORYBIE CZUBEK NOSA ESKIMOSA, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1980, wyd. II - MAW 1984

SKĄD SIĘ BIERZE WODA SODOWA I NIE TYLKO, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1983, wyd. II - DSW Omnibus 1989

3 PRZYGODY SHERLOCKA BOMBLA, Interpress 1984

ANTRESOLKA PROFESORKA NERWOSOLKA, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1985, wyd. II - MAW 1987

PODRÓŻ SMOKIEM DIPLODOKIEM, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza 1986, wyd. II - MAW 1988

JAK CIOTKA FRU-BĘC URATOWAŁA ŚWIAT OD ZAGŁADY, DHW Akapit 1989

PRZEPRASZAM REMANENT, Bea 1990

ECIE-PECIE O WSZECHŚWIECIE, WYNALAZKU I KOMECIE cz. 1, Story 1990

ECIE-PECIE O WSZECHŚWIECIE, WYNALAZKU I KOMECIE cz. 2, Story 1990

HISTORIA WYSSANA Z SOPLA LODU (scenariusz: Jean Dufaux), Unipress 1991

TO DOPRAWDY KIEPSKA SPRAWA, KIEDY BESTIA SIĘ POJAWIA (scenariusz: Anna Baranowska), Rok Corporation 1992

ORIENT MEN FOREVER NA ZAWSZE, Egmont 2002

PORADY PRAKTYCZNEGO PANA, Egmont 2003

Fido i Mel:
Wywiad z Autorem

BEZ MIĘCHA

Wywiad z Michałem "Śledziu" Śledzińskim

Pierwsze komiksy rysowałeś dla prasy komputerowej...
Jako nastolatek miałem dwie pasje: komiksy i gry komputerowe. Pierwsza z latami się nasiliła kosztem drugiej. Naturalną koleją rzeczy było zaczęcie rysowania o grach, łącząc przyjemne z przyjemnym, bo pożytku z tego nie miałem żadnego (oprócz samozadowolenia). Zaczęło się chyba w marcu 1995 roku w "Secret Service", to były pojedyncze rysuneczki, rzadziej komiksy. W lipcu tego roku pod wpływem intensywnej acz krótkotrwałej fascynacji amerykańskimi komiksami stworzyłem postać G-mana i wysłałem do kolejnego magazynu o grach - "Gamblera". Chciałem zaznaczyć swoją obecność w jak największej ilości tytułów niekomiksowych, bo ze "środowiskiem" komiksowym nie miałem żadnego kontaktu i za bardzo go nie szukałem, zresztą w czym mogliby mi pomóc? W listopadzie, podczas jednego z tych pięknych zimowych dni, kiedy się nie chce siedzieć w szkole, uderzyłem do "Świata Gier Komputerowych" (redakcja mieściła się 10 minut drogi od parku, gdzie siedziałem i jadłem kanapkę z serem). Chłopakom spodobały się moje prace, mniej widziała im się moja współpraca z konkurencją. Wtedy nie wiedziałem nic o cichej wojnie toczącej się między pismami tego typu. Złożyli zamówienie na komiksy, przyniosłem, było git, no i zostałem. W "Świecie" ciskam już te sprawy od prawie sześciu lat.

Fido i Mel pojawili się w ŚGK. Dlaczego zerżnąłeś ich z Animaniaków?
Tworząc postacie Fido i Mela, opierałem się na starych, czarno-białych kreskówkach, chciałem żeby mieli coś z Myszki Miki z tamtych czasów, stąd białe rękawiczki, podłużne patrzałki i takie niekolorowe facjaty. Rok później w telewizorni pojawiła się krecha "Animaniacy". Pomyślałem, jacy oni kurcze podobni do moich bohaterów i uznałem to za kolejny przejaw mojego geniuszu. Ale posypały się wtedy głosy, że zrzynam, a jak się też okazało, Amerykańce wyprodukowali krechę kilka lat wcześniej, więc dla świętego spokoju w jednym z odcinków poobcinałem Fido i Melowi głowy, by na końcu historyjki zaprezentować ich nowe oblicza.

Czy masz żółwia?
Żółw Skolman pojawił się, zanim Fido i Mel stracili głowy. Sam żółwia nie posiadam, ale miał go mój - zwierzak miał na imię Skolman. W czasie imprez dolewaliśmy mu do akwarium piwa i wódki, dziwnie się po tym zachowywał. Wciąż gapił się na gołą panienkę, którą miał naklejoną na jednej ze ścianek akwarium. Wtedy też po raz pierwszy pomyślałem o wędrówkach dusz. Idea była prosta, Fido miał ostro zryty beret, więc chciałem przyłączyć do niego jeszcze jednego wykręta, bardziej cynicznego, żeby skumać parkę, nie? Może by z tego dzieci były? Dlatego pewnego raz Fido wylądował połamany w szpitalu i na kilka odcinków zastąpił go jego kuzaj, Mel. Razem z Melem pojawił się Skolman, niepozorny żółw o wielkiej ambicji. W swoim pierwszym występie Skolmi zmłócił ukrytą w skorupie armatą jednego z bossów gry "Mortal Kombat". To przysporzyło mu dozgonnego szacuneczku czytelników, no bo kto lubił Goro?

Czy ŚGK odrzucił jakieś twoje komiksy?
Kilka historii odpadło z powodu niezbyt wysmakowanego dowcipu (pojawiali się zbici staruszkowie na klozetach, Lara Croft walcząca z przerażającymi pieluchmajtkami dla popuszczających emerytów). Oczywiście, ja rysując te historie, świetnie się bawiłem, a widząc marsową minę Piotra P., naczelnego pisma, trochę się dziwiłem. Odpadł też jeden komiks, w którym Skolmi pomylił prezerwatywę z gumą do żucia z amerykańskich zrzutów (to był wojenny komiks).

Wydawałeś też fanzin...
Po dwóch latach rysowania dla ŚGK zapragnąłem pójść dalej, bo nie lubię stagnacji. Zależało mi, aby o Śledziu było głośno, bo ten skubaniec dobry jest w tym, co robi, i szkoda, aby się chłopak zmarnował. Tak narodził się "Azbest". Projekt trzech kolesi z jednej licealnej ławy, co nie jednego jabolka razem obalili. Prawda, zbałamuciłem trochę chłopaków, roztaczając przed nimi wizję wielkiej kasy i sławy. Ogólnie chodziło mi o to, aby się dołożyli, bo ja nie dysponowałem taką gotówką, aby interes ruszył. W kwietniu wyszedł pierwszy numer. Były w nim dwa moje komiksy i dwie ilustracje. Założenie było takie, żeby puszczać dłuższe komiksy z jajami. A jaja były. To w "Azbeście" zadebiutowali Zdzichu i Wujas. Ten komiks to był hicior, dzięki scenariuszowi Gajosa (dla zaniepokojonych, Gajos powrócił cało z Ukrainy, będą nowe odcinki).

Komiks to według ciebie...
W "Azbeście" musiały być długie komiksy, chodziło o to, aby o czymś opowiedzieć. Bo komiks to opowieść. Niektórzy mają problem z odróżnieniem szitu od prawdziwego komiksu. Stąd te "cuda" na konwentowych wystawach. Wygląda to tak: kadr pierwszy - zdjęcie gołej sikory, napis "odeszła"; kadr drugi - rysunek kolesia w cieniu, napis "ciemność, mrok"; kadr trzeci - znów sikora wyginająca się na tle ściany, napis "kochałem ją". I koniec. Bomba. Ten człowiek nie ma pojęcia o komiksie. Gdzie jest narracja, gdzie opowieść? Pamiętam, że zrywaliśmy boki przy takich pracach. Nigdy nie uważałem komiksu za sztukę. Dla mnie sztuka to puste słowo, nie wiem, co oznacza. Kończąc plastyka, miałem o niej jeszcze mniejsze pojęcie, co raczej nie powinno nikogo dziwić. Dla mnie to czysta rozrywka, mniej lub bardziej uduchowiona, niosąca głębsze treści lub zupełnie trywialna. Komiks jest równy kinu, książce, teatrowi. Ktoś może nie czytać komiksu, tak jak nie chodzi do kina i wystarcza mu Big Brother w tv. Oki, nic do gościa nie mam. Ale jeśli ktoś mówi mi, że komiks to dziecinada, jest bucem (pozdrowienia dla tego kolesia, co grał Kmicica w "Potopie", jak mu tam? Nieważne, to du... pupek, miało być bez brzydkich słów. To tak, jakby powiedział, że nie lubi filmów, teatru, książek lub muzyki. Ignorant i powinien zostać zlikwidowany przez Likwidatora.

Wymień 5 swoich ulubionych rysowników, scenarzystów i bohaterów komiksów (nie licząc Śledzińskiego ani jego bohaterów)
Zawsze odpowiadam, że nie mam pojęcia. Nie mam ukochanych twórców, mistrzów, na których się wzoruję. Oczywiście, nie jestem ślepy, oglądam, czytam, ostatnio coraz więcej. Często krzyknę: "O k..., ale koleś ma łapę!", ale nie wydaję od razu ostatniego grosza, aby zdobyć album tego człowieka. Mogę rzucić paroma nazwiskami, ale to będą standardy: Moebius, Miller, Mignola, Mckeever. To z rysowników. Scenarzyści? Te same nazwiska. Ulubieni bohaterowie... hmmm i żaden nie przychodzi mi do głowy. Marv? Hellboy? Pitt Dale'a Keowna? Nie wiem. Jak widać, większość to Amerykańce. Nie dziwota, bo na nowo odkryłem Amerykę, właśnie dzięki tym gostkom. Ostatnia fascynacja - Joe Madureira i jego "Battle Chasers".

Kto lub co w polskim środowisku komiksowym najbardziej cię wkurza?
"Polskie Środowisko Komiksowe". Zbiorowisko koleżków, poklepujących się po ramionach i wymieniających uprzejmości. Pamiętam, jak w maju A.D. 1997 pojawiliśmy się z fąflami w Łodzi z pierwszym "Azbestem". Żarliśmy pizzę, opierając nogi na stole, było już po imprezie, zgromadziło się gremium, aby omówić sytuację komiksu w Polsce. Siedzieli i chrzanili trzy po trzy, a z tyłu za nimi trzech kolesi siedziało sobie ze świeżutkim, dobrze wydrukowanym komiksem, z dobrymi historiami. Wiedzieliśmy, że jesteśmy lepsi od nich. Idczak mógł wydawać swoje "Komiks-Forum", Tkaczyk ciskać nowe "AQQ" (naprawdę dobre pismo INFORMACYJNE), ale "ich" komiksów nie dało się czytać, to nie były opowieści. Oni nie wiedzieli, czym jest dobry komiks, dla ludzi. My tak. Jak się robi komiks, pokazali chłopaki z "Cyrkielni", za to ich szanuję. Oni musieli czuć to samo, co my, załoga najpierw "Azbestu", potem "Produktu". Żeby stworzyć prawdziwą opowieść, trzeba mieć jaja, nasze załogi miały je rozmiarów dorodnego łosia. Nie można się bać drażliwych tematów, nie można gonić w kółko w ramach obcykanych już naście lat temu schematów, nie można się bać opowieści, pokręconych bohaterów. Wracając do "środowiska". To słowo kojarzy mi się z przedmiotem z podstawówki. Nigdy nie chciałbym być częścią "tego". Wszystko, co robiłem, było poza "tym" i mam nadzieję, że tak zostanie. Ja rysuję dla ludzi, nie dla paru kolesi, którzy się naoglądali, obkupili i udają, że się znają na komiksie, bo mają pełną bibliotekę. W pismach "tego" pojawiają się recenzje "Produktu", ale jestem przekonany, że "to" czai coś około 20% z tego, co jest jasne dla każdego czytelnika "Produktu". Życia, panowie. Czas się zwlec z fotela i wyjść po zmroku na ulicę.

Skąd się wziął tytuł "Produkt"?
Bo czytelnik dostaje do ręki zwyczajny produkt, z papieru, zadrukowany, zapisany. Nic więcej. Tytuł mówi o nas wszystko, jesteśmy szczerzy, niczego nie ukrywamy. Kupujecie produkt, przy którym macie się dobrze bawić, wkurzyć, zastanowić. Komiks to produkt komercyjny, nie istnieje bez czytelnika, więc dlaczego nazywać go inaczej? Szczerze mówiąc, gdyby nie istniał "Świat Komiksu", ta nazwa chyba jako ostatnia przyszłaby mi do głowy.

Czemu w "Produkcie" rzucacie mięchem? Dla szpanu, a może nie umiecie inaczej?
"Produkt" to brukowa poezja miasta, dlatego tak wiele w nim rzucanego mięsa. "Osiedle Swoboda" to najlepszy tego przykład. Tej historii nie da się opowiedzieć w inny sposób. Wyobrażacie sobie, jak bohaterowie OS mówią do siebie w taki sposób: "Ojej, ale się wczoraj upiłeś, Marku!". Śmiech na sali. Zero wiarygodności. A inne komiksy? To zależy od temperamentu chłopaków, od ich samopoczucia. Jeśli chcą w komiksie nabluzgać, proszę bardzo, mi to nie przeszkadza, dopóki nie cierpi na tym sama opowieść. Jeśli ktoś się oburza, że cierpi na tym kultura języka, to chyba nie wie, w jakich czasach żyje.

Zaczęliście ostro, w pierwszym numerze bohater wymiotuje w kościele, a inni ludzie dostrzegają w tym pawiu Matkę Boską. Czy to nie zagranie pod publikę, takie wywoływanie sztucznego skandalu, żeby więcej sprzedać?
Nigdy nie mieliśmy zamiaru nikogo szokować. "Matka Mocna Extra Mocna" to był pierwszy odcinek "Swobody", nie miałem pojęcia, jak się ta opowieść dalej potoczy, patent z pawiem wydał mi się zwyczajnie doskonałym podsumowaniem epizodu. Dobrze, że czytelnicy odkryli prawdziwy kontekst tego wydarzenia. Nie gramy pod publikę, piszemy i rysujemy o tym, co nam na wątrobie leży, nawet jeśli jest to komiks fantastyczny, to jest on o życiu, tym i teraz.

Natomiast ostatnie numery są spokojniejsze, miejscami grzeczne. Ustatkowaliście się?
Myślę, że nie są wcale grzeczniejsze. Wciąż walimy dosadnie, tylko o innych sprawach. Nie możemy ciągle najeżdżać na dewotów, Kościół (nie religię!), wciąż wtykamy szpile, gdzie się da, może tylko ociupinkę subtelniej. Zresztą, my tworzymy komiksy, nie jesteśmy żadną organizacją czy bojówką, bo te są do bani. Pomysłów nam raczej nie brakuje, osobiście się staram, aby każdy odcinek "Swobody" wnosił coś nowego, stąd różne zabawy ze scenariuszem (np. pseudoreportaż w "Balladzie o Bystrym 2"). "Pokolenia" to przecież czyste nawiązanie do klasycznych parakomiksów, eksperymentem była "Phantasmata", nie ma przekleństw tylko senny klimat, jak w "Mieście zaginionych dzieci". To wszystko są genialne komiksy. Jeśli ktoś kupuje nas tylko dlatego, że w komiksach może przeczytać słowa na k, h, p, to z góry mu dziękuję, może nie wydawać pieniędzy na następny numer. "Produkt" to przede wszystkim dobre opowieści.

Gdzie są twoje granice cenzury wewnętrznej? Dostajesz świetnie narysowany, dobry, dowcipny komiks o... O czym musiałby być, żebyś odmówił jego druku w "Produkcie"?
Komiks, którego nie puściłbym w "Produkcie", musiałby być o... niczym. Co mnie obchodzi komiks, w którym kilku kolesi siedzi i bluzga sobie, jak to było gitnie na bibce, a ten to się zjarał. Każdy dialog, jaki piszę do "Swobody", jest o CZYMŚ. Pod przykrywką paru głupot wypowiedzianych przez chłopaków czai się jakaś myśl. Gdybym dostał dobrze opowiedziany, dowcipny komiks o gwałceniu sześciolatki, puściłbym go. Jeśli, oczywiście, nie wychwalałby samego czynu gwałtu. Czy to jest wewnętrzna cenzura? To słowo źle się kojarzy, a komiks musi tylko spełniać warunki mojego własnego moralnego kodeksu. Choć wiem, że moja moralność jest dla niektórych bardzo liberalna.

Z jednej strony funkcjonujesz jako guru zbuntowanych nastolatków, z drugiej - jesteś jednym z nielicznych zawodowych komiksiarzy w Polsce. Schizofrenia? Maski? Zakłamanie?
Czytelników "Produktu" nie nazwałbym "zbuntowanymi nastolatkami". To młodzi, myślący ludzie ze swoim zdaniem i poglądami. Nie rysowałem "Osiedla" jako manifestu. To zwyczajna, reporterska robota. Osiedle Swoboda to symbol każdego osiedla wybudowanego na przełomie lat 70. i 80. Takie chłopaki tam mieszkają, dlatego często dostaję listy typu: "Niedźwiedź to ja, tak się ubieram, tak mówię, tak się zachowuję". To nie przypadek, że czytelnicy "Produktu" tak szybko poczuli się jak bracia i siostry Swobodnej ekipy. To moje pokolenie, wyrosłem w nim i jestem taki. Zupełnie nie przeszkadza mi to w rysowaniu komiksów dla dzieci, choćby dla "Cybermychy". Zamówienie to zamówienie, jestem profesjonalistą, swoją prace chcę wykonywać jak najlepiej. I trzeba z czegoś żyć. I tak praca nad "Produktem" zajmuje mi 80% czasu. Myślę, że pozostałe 20% to niewielka cena, jaką płacę za możliwość rysowania takich komiksów, jak "Osiedle".

Jakie jest to pokolenie, które opisujesz w "Osiedlu Swoboda"? Czy rzeczywiście tak oddalone od swoich rodziców, ich problemów, ich wartości?
Ojciec nigdy do końca nie zrozumie syna, to syn może zrozumieć ojca, ale dopiero po pewnym czasie. Ja nie będę rozumiał mojego syna, to pewne, choćbym nie wiem jak się starał. Zresztą, bohaterowie "Osiedla" mają swoje życie, oni się nie buntują przeciwko staruszkom, którzy i tak nigdy nie czają, co się dzieje naprawdę. To w porzo kolesie, nie zaprzątają sobie głowy dyskusjami z rodzicami, które i tak do niczego nie prowadzą. To jest ta zmiana w rozumieniu buntu - jego tak naprawdę nie ma. Chłopaki wyznają zasadę "żyj i daj żyć innym, jeśli - uwaga - on ci daje żyć". Gdy pojawiają się kłopoty pod postacią napakowanego dresa, radzą sobie na swój sposób. Myślę, że to najwłaściwszy wzorzec postępowania, jaki znam.

Chodzisz na wybory?
Jakoś nigdy nie trafiam w czas.

"Na kozetce" to pierwszy album z F&M? A może też ostatni?
Historyjki, które prezentuję w tym albumie, wybrałem dlatego, że są na poziomie. Olałem większość dawnych prac, bo są strasznie naiwne, a dowcip infantylny. Do tego poziomu dochodziłem latami i myślę, że jest luz. Dopiero teraz. Materiał na następny album musiałby się narysować, a formuła jednoplanszówki, szczerze mówiąc, wychodzi mi już bokiem. Gdybym miał rysować kolejny album o F&M, byłaby to długa opowieść, jak "Biegunka" z "Produktu".

Wyobraź sobie, że jutro musisz na zawsze emigrować z Polski. Dokąd byś wyjechał?
Do Australii, bo mają tam najdziwniejsze zwierzaki, jakie chodzą, pływają i skaczą po ziemi.

Pytania zadawał Tomasz Kołodziejczak

Michał "Śledziu" Śledziński urodził się w 1978 roku. Studiuje na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, ale dużo czasu spędza w rodzinnej Bydgoszczy. Jest redaktorem naczelnym magazynu komiksowego "Produkt" (ukazuje się od 1999 r.). W ramach Klubu Świata Komiksu ukazał się jego album Śledzia o Fidzie i Melu - "Na kozetce".

Funky Koval:
Funky Kocal żyje !
Prawie dwadzieścia lat minęło od ukazania się pierwszego odcinka komiksu o Funkym Kovalu na łamach "Fantastyki"; ponad dziesięć od zakończenia albumowej edycji całej trylogii w miesięczniku "Komiks". Od tamtych czasów minęła w dziejach polskiego komiksu - i naszego kraju - cała epoka. Ale mimo tych wszystkich, tak przecież ogromnych zmian, komiks Macieja Parowskiego, Jacka Rodka i Bogusława Polcha nadal cieszy się renomą dzieła kultowego. Wychowało się na nim całe pokolenie polskich fanów. Do dzisiaj trudno wskazać w naszym komiksowym dorobku dzieło fantastyczne mogące z nim konkurować. Panie i panowie, Funky Koval - żywa legenda polskiego komiksu - powraca!

Miesięcznik "Fantastyka" pojawił się na rynku w 1981 r., w szczególnym momencie, stając się zwiastunem i przez pewien czas głównym motorem zmian w polskiej literaturze popularnej. W formule pisma znalazło się miejsce także dla komiksu, który po zamknięciu magazynu "Relax" żegnał właśnie złote (czy raczej pozłacane) lata siedemdziesiąte. Po dość niezdecydowanych początkach, do pracy nad komiksem zabrali się dwaj członkowie redakcji "Fantastyki": zastępca redaktora naczelnego Jacek Rodek i kierownik działu prozy polskiej, Maciej Parowski, obaj dobrze obeznani z komiksem jako czytelnicy, ale bez jakiejkolwiek praktyki scenopisarskiej. Na szczęście świeżo upieczony tandem twórców rozpoczął współpracę z zawodowcem, Bogusławem Polchem, znanym z rysunków do serii o kapitanie Żbiku. Grafik wybił scenarzystom z głowy pomysł, by nazwać bohatera "Punky Rock" i zadbał, by scenariusz przybrał odpowiednią do realizacji formę. Tak oto, począwszy od listopada 1982 r., co miesiąc ukazywał się w "Fantastyce" czterostronicowy odcinek przygód zadziornego kosmicznego detektywa o swojskim nazwisku Koval. Idea serii zamkniętych fabularnie epizodów szybko ustąpiła miejsca bardziej ambitnemu pomysłowi stworzenia dużej, "pełnometrażowej" opowieści o skomplikowanej intrydze i dynamicznej akcji. Mimo początkowego zróżnicowania opinii czytelników pisma, nowy komiks stał się przebojem, a odbiorcy zaczęli się domagać kontynuacji. Przyszedł na nią czas w 1985 roku, zaś w 1991/92 r. powstał trzeci i ostatni jak dotąd epizod cyklu. Towarzyszyły mu zapowiedzi dalszych części: albumu "zerowego" oraz IV i V, wieńczących serię. Później jednak dla polskiego rynku komiksowego nastał czas kryzysu, losy autorów poprowadziły ich w różne strony i owo dopełnienie cyklu do dziś pozostaje w sferze planów autorów i marzeń czytelników.

Co w tamtych czasach zadecydowało o powodzeniu komiksów o Funkym Kovalu? Co dziś pozwala nam do nich z przyjemnością wrócić? Wówczas była to zupełnie nowa formuła komiksu. Coś, czego dotąd w Polsce nikt nie spróbował: duża, pełna akcji, precyzyjnie wymyślona opowieść, kompletnie wyzbyta owych nieszczęsnych socrealistycznych serwitutów, jakich pełno było w dotychczasowych produkcjach komiksowych. Żadnej deklaratywnej dydaktyki, żadnego udowadniania wyższości naszego ustroju, żadnych ukłonów w stronę potężnych "przyjaciół". Zamiast tego dostaliśmy prawdziwy komiks akcji, oparty na najlepszych wzorcach, gdzie jedno wydarzenie goni drugie, zaś postacie nie tylko bez wahania działają, ale i przy okazji nie zapominają języka w gębie. Jest tu więc i szybka akcja, i ostry, cięty dialog, i niezbędna w takich komiksach domieszka humoru, i wreszcie tak ważna dla miłośników fantastyki, do najdrobniejszych szczegółów dopracowana warstwa "ikonograficzna". Bogusław Polch - autor pamiętnego "Spotkania" (scen. Ryszard Siwanowicz), otwierającego pierwszy numer "Relaksu" - potwierdził komiksami o Funkym, że jak nikt inny czuje "twardą" science fiction, a wymyślanie i rysowanie pojazdów kosmicznych, miast przyszłości i wszelkiego rodzaju futurystycznych gadżetów sprawia mu wyraźną przyjemność. W przyjętej w serialu konwencji znalazło też ujście zamiłowanie rysownika do szczegółu, które sprawiło, że kadry komiksów o Funkym to dla uważnych czytelników kopalnia tropów, motywów i aluzji wizualnych. A przecież, mimo tak nasyconej drobiazgami materii graficznej, "Funky Koval" jest wzorem klarowności i czytelności akcji.

Atutem komiksu jest też postać głównego bohatera - byłego gwiezdnego pilota wojskowego, który rozpoczyna cywilną karierę jako członek dużej agencji detektywistycznej Universs, by w jej szeregach wziąć udział w kosmicznej rozróbie z udziałem dwu obcych ras i ziemskich krętaczy. Funky łączy w sobie gwałtowność charakteru i chęć bezpośredniego działania (nawet na przekór ogólnie przyjętym zasadom) z wrodzonym sprytem i taktycznymi talentami, co czyni go szczególnie niebezpiecznym przeciwnikiem. Bohater należy przy tym do sympatycznego, zgranego zespołu, który wspiera go podczas wszelkich, nawet tych niezbyt legalnych akcji. Autorzy scenariusza nie odmówili sobie przyjemności umieszczenia siebie i innych członków redakcji "Fantastyki" w rolach detektywów Universsu. Zadbano także o życie uczuciowe i erotyczne bohatera, każąc mu wybierać między słodziutką Miss Universum - Lilly - a zadziorną koleżanką po fachu, Brendą. Zaś rozmiary afery, jaką Funky rozwiązuje, pozwalają pokazać mechanizmy działania władzy, mediów i wielkich korporacji o nie zawsze czystych intencjach. Komiks Rodka, Parowskiego i Polcha pozwolił im wypowiadać się także na temat ich i naszej ówczesnej rzeczywistości, w której działo się wiele i nie zawsze najlepiej: czytelnicy z lat osiemdziesiątych bezbłędnie odczytywali w komiksowych wydarzeniach aluzje i odwołania do stanu wojennego, represji, jawnej arogancji oficjalnych mediów (powszechnie znienawidzony dziennikarz Fanner z komiksu był wyraźnym portretem Jerzego Urbana, ówczesnego rzecznika rządu), potem czasów Okrągłego Stołu czy "wojny na górze". A przecież aluzje te stanowiły tylko jeden z poziomów odczytania komiksu, który poza tym potrafił być i dobrze skomponowaną space operą, i ostrym thrillerem detektywistycznym, i świetną political fiction. I pozostaje nimi nadal, o czym łatwo się przekonać, czytając go dzisiaj.

Wojciech Birek ("Świat Komiksu" 29, wrzesień 2002)
Autorzy
"Funky Koval" wraca na komiksowy rynek na fali długo oczekiwanego, niewiarygodnego wręcz boomu wydawniczego w tej dziedzinie. W tym czasie autorzy serii nie próżnowali.

Jacek Rodek (ur. w 1956 r.) w latach 80. tworzył "pierwszą falę" boomu jako wydawca: najpierw w roli redaktora naczelnego magazynu "Komiks-Fantastyka", potem w wydawnictwach Orbita i Korona. Jego ostatnia komiksowa inicjatywa - magazyn "CDN" - przypadła już na moment rynkowego załamania początku lat 90. Obecnie kieruje wydawnictwem Mag, niegdyś specjalizującym się w grach fabularnych, a teraz w ambitnej literaturze fantastycznej.

Maciej Parowski (ur. w 1946 r.), przez ostatnie dziesięć lat redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Fantastyka", kilkakrotnie dał się poznać jako scenarzysta komiksowy, realizując m. in. "Naród wybrany" z Jarosławem Musiałem (1992/93 r.) czy sześciotomowy cykl komiksowych adaptacji opowiadań o wiedźminie. Jego scenariusz "Burza", z obiecującymi rysunkami Krzysztofa Gawronkiewicza, pozostaje na liście "epokowych zaległości polskiego komiksu".

Bogusław Polch (ur. w 1941 r.), choć zajęty działalnością w branży reklamowej, przy każdej sposobności wraca do komiksu. Wraz z grupą twórców młodszej generacji pracował nad reklamowym "Kronem", gdzie błysnął ostatnim, brakującym epizodem jego "Daenikenowskiej" serii (scen. Arnold Mostowicz), tworzonej wcześniej dla niemieckiego wydawcy. Niedawno zaś patronował efektownej wystawie "D'arcykomiks" (kwiecień 2002 r.). Jego "Wiedźmin", a ostatnio także rysowane w latach 70. komiksy o kapitanie Żbiku wracają w reedycjach. Teraz, nareszcie, przyszła kolej na Funky'ego.
Gail:
O serii
Wreszcie cykl SF/fantasy polskiego autora!

Komiks zatytułowany "Przed burzą" rozpoczyna cykl czterech albumów i wprowadza odbiorcę w mroczny, ponury klimat fantastycznego świata. Piotr Kowalski, który jest autorem scenariusza, i rysunków, dokonał interesującego połączenia, mało dotąd stosowanego w polskim komiksie: SF z fantasy. Średniowieczny klimat scenerii, np. wnętrza zamków, zbroje miecze, potwory czy też magia - wzięte wprost z fantasy, jednak wszystko to łączy się z futurystycznymi maszynami, bronią laserową i wieloma innymi elementami zapożyczonymi z estetyki SF. Oczywiście, nie brakuje tez pięknych i uwodzicielskich kobiet...

Gail przeżywa wiele przygód, rzucony w wir dworskich spisków i zamachów. Poznajemy go jako dzielnego wojownika, który jednak nie jest wolny od typowych ludzkich słabości, w przeciwieństwie do demonicznego Hyona - negatywnego bohatera opowieści, którego zupełny brak skrupułów idzie w parze z wisielczym poczuciem humoru. Konflikt miedzy tymi dwoma postaciami, jak również miłość Gaila do Danei, córki króla Theilarda, to dwa główne filary fabuły. Oczywiście, nie brak innych wątków, jak choćby wyścig o objęcie władzy nad krajem głównych wydarzeń. Dla wielbicieli scen batalistycznych także znajdzie się coś dobrego, bowiem seria o przygodach Gaila obfituje w walki i potyczki.

Dla Piotra Kowalskiego komis ten jest długometrażowym debiutem. Chociaż od lat publikował swoje komiksy na łamach wielu czasopism i fanzinów, dopiero opowieść o Gailu pozwoliła mu wypłynąć na szerokie wody. Pomysł postaci Gaila przyszedł Kowalskiemu do głowy już dawno temu (kiedy skończył inna długa opowieść, liczącą 98 plansz!), jednak zdecydował się na cykl dopiero wtedy, kiedy okazało się, że istnieje wydawca skłonny inwestować w młodego polskiego autora - Tomasz Kołodziejczak z Egmontu. Rzeczywiście, historia o Gailu jest pierwszym od wielu lat tworzonym i oryginalnie wydawanym w Polsce cyklem fantastycznym. Mamy nadzieje, że nie ostatnim.

Redakcja ŚK ("Świat Komiksu" 25, listopad 2001)
Piotr Kowalski o "Gail"
Autor o własnej serii "Gail"

Na początku miałem olbrzymią tremę. Bałem się, czy podołam takiemu zadaniu, czy dam radę. Nigdy bowiem nie pracowałem dla tak dużego wydawcy jak Egmont, a podpisanie kontraktu na serię albumów to przedsięwzięcie wymagające odpowiedzialności i rzetelności. Udało mi się jednak oddać rysunki w terminie i rozpocząć prace nad kolejna częścią cyklu. Wiele zawdzięczam Tomaszowi Kołodziejczakowi, który udzielił mi wielu uwag dotyczących fabuły.

Praca nad pierwszym albumem serii nie trwała długo, w ciągu niecałych pięciu miesięcy wykonałem okładkę i wszystkie strony, po czym przystąpiłem do rysowania kolejnej części. Wiem, że są artyści, którzy rozpisują akcję komiksu na poszczególne kadry. Dzieje się tak w szczególności, gdy kto inny jest scenarzystą, a kto inny rysownikiem. Mnie wystarczy ogólny zarys sytuacji, opis akcji, a układ kadrów, tekst i wszystko inne kształtuje się w trakcie pracy. Bycie jednocześnie scenarzystą i rysownikiem ma swoje dobre strony. Wiem, na co mnie stać i staram się dostosować scenariusz do swoich możliwości.

Gail to ciekawa postać. Jest człowiekiem otoczonym przez przedstawicieli innych ras człekopodobnych, jest wojownikiem, wyszkolonym żołnierzem, kochającym swego króla i wierzącym w pewne ideały, a jednak nie całkiem potrafi się odnaleźć, jest niepewny, trochę zagubiony. Jest także ponury, prawie nigdy się nie uśmiecha, można odnieść wrażenie, że jego nieustanne skupienie i powaga nadają mu wręcz "nieludzki" wyraz i czytelnik jednak wie, że Gail potrafi być czuły i wrażliwy, tak jak podczas tajemnych spotkań z Daneą. On po prostu stara się wyglądać na trochę groźniejszego niż jest w rzeczywistości, ale dlatego, że znalazł się w wyjątkowo nieprzyjaznym środowisku.

Najbardziej zależy mi na ocenie czytelników. To ważne dla każdego twórcy, by bohater "przyjął się", by "ożył" w opiniach publiczności. Zresztą, na tym polega urok komiksowych postaci. Stają się wiarygodne i żywe wtedy kiedy są czytane, gdy ukażą się na papierze i gdy wywołują konkretne uczucia, jakiś dreszczyk emocji, chęć poznania ich kolejnych przygód. Mam gorącą nadzieję, że właśnie tak zostanie odebrany Gail.

Wypowiedzi Piotra Kowalskiego spisała Redakcja ŚK ("Świat Komiksu 25, listopad 2001)
Kajtek i Koko:
Kajtek i Koko
29.04.1968 rok to ważna data dla historii komiksu polskiego. Właśnie tego dnia w "Wieczorze Wybrzeża" ukazał się pierwszy czarno-biały pasek komisowy z serii "Kajtek i Koko w kosmosie" autorstwa Janusza Christy. Od tamtej pory codziennie przez ponad cztery lata "Wieczór" drukował jeden pasek tej historii. W sumie cała opowieść składa się z gigantycznej liczby 1265 odcinków. Każdy z nich był zawsze zamkniętym, spuentowanym epizodem, którego ciąg dalszy przedstawiano w następnym numerze. Christa parę razy próbował zakończyć cykl przygód Kajtka i Koka w kosmosie, ale komiks był tak popularny, że prośby czytelników o ciąg dalszy powodowały ciągłe dopisywanie kolejnych części.

Pierwsze opowieści o przygodach Kajtka-Majtka, a później Kajtka i Koka pojawiły się w 1958 roku. Dlatego też po narysowaniu ostatniego odcinka "Kajtka i koka w kosmosie" obaj bohaterowie zniknęli z komiksów Janusza Christy, któremu definitywnie znudziła się tematyka kosmiczna i marynarska. Więc wpadł na pomysł przebrania dawnych bohaterów w średniowieczne stroje, nazwania ich Kajkiem i Kokoszem i przedstawienia ich jako przodków Kajtka i Koka. Ale to był początek zupełnie innej historii.

"Kajtek i Koko w kosmosie" to fascynująca opowieść o dwóch marynarzach uczestniczących w niezwykłym eksperymencie naukowym lekko zwariowanego profesora Kosmosika. Naukowiec ten jest dobrze znany z wcześniejszych odcinków przygód Kajtka i Koka. Profesor postanowił wysłać obu panów w kosmos, do gwiazdozbioru Oriona, aby sprawdzić, czy ludzie podołają niezwykłym sytuacjom i zadaniom jakie tam napotkają.

Różnorodność istot, które obaj marynarze spotykają na swojej drodze, to dowód na niezwykle płodną wyobraźnie autora. Obok robotów o przedziwnych kształtach w komiksie występują fantastyczne zwierzęta, rośliny i humanoidalne mieszkańcy różnych planet. Christa bawi się z czytelnikiem, odwracając utarte schematy. Króliki stworzone przez niego to krwiożercze bestie wielkości dużego owczarka, słonie nie przekraczają wielkością dłoni, a konie ludu Podwodniaków sprawnie galopują pod wodą na swoich płetwach.

W tym dziwnym świecie pełnym niespodzianek doskonale uwydatniają się przeciwstawne typy charakterów Kajtka i Koka. Kajtek jest przewidujący, odważny, ciekawy świata, lojalny. Natomiast tchórzostwo lub głupota Koka to główna sprężyna wszelkich przygód. Koko zapoczątkował Kokoszowe tradycje dobrej kuchni. Jedynym skutecznym sposobem na dobudzenie go z narkozy czy omdlenia jest zapach kotleta schabowego.

Obu marynarzom-kosmonautom ma pomagać w misji wszechwiedzący Mózg Centralny rakiety oraz małe wyspecjalizowane roboty wykonujące jego rozkazy. Niezwykły komizm sytuacyjny Christa osiąga dzięki wyposażeniu wszystkich robotów występujących w tej historii w ludzkie uczucia. Mózg Centralny nie chce wracać na Ziemię, bo boi się, że tam już nie będzie potrzebny. Maszyny cieszą się, obrażają, denerwują, biją się ze sobą, oszukują i plotkują. A na dokładkę skutecznie terroryzują obu żywych członków załogi (w jednej ze scen Koko musi pokwitować robotowi klapsa, którego dostał za to, że nie chciał pójść do łóżka). Dochodzi nawet do tego, że roboty wstydzą się rozbierać (zdejmować obudowę) i wystawiać swoje trybiki na widok publiczny.

W komiksie "Kajtek i Kok w kosmosie" nie ma żadnych scen brutalnych. Również język, którym mówią bohaterowie tej opowieści jest przystosowany dla wszystkich czytelników, i młodszych, i starszych. Najokropniejsze obelgi i groźby to wyrazy typu "huncwot" czy "patałach" albo "Sprężyny z was wypruję!"

Starsi i uważni czytelnicy będą się doskonale bawić, odnajdując w tym komisie elementy rzeczywistości sprzed lat trzydziestu (na przykład Koko grozi atakującym go mieszkańcom planety: "Bo... bo... bo... wezwę milicję!").

Oprócz głównej pary bohaterów w komiksie tym można odnaleźć elementy, które później zadecydowały o sukcesie "Kajka i Kokosza". Podczas swej podróży Kajtek i Koko trafiają do plemienia niczym z epoki średniowiecza. Ten wątek stanowi swego rodzaju zapowiedź przygód mieszkańców grodu Mirmiła. A konflikt miedzy grodem Łękałów i drużyną Burbli to przymiarka do konfliktu Mirmiła ze Zbójcerzami.

Poza tym Christa tradycyjnie naśmiewa się z kobiet, czasami odwracając role męskie i kobiece. Czytelnik znajdzie tu żony krwiożerczych piratów, które są postrachem swoich mężów i piękne księżniczki Podwodniaków, które można skutecznie złowić na przynętę z brylantowego naszyjnika.

Fragmenty "Kajtka i Koka w kosmosie" były publikowane w albumach "Kajtek i Koko w kosmosie" (1974 rok), "Zabłąkana rakieta" (1991 rok), "Twierdza Tyrana" (1992 rok), "Kosmiczny pirat" (1992 rok), a także w 10. numerze "Świata Komiksu".

Redakcja ŚK ("Świat Komiksu" 22, kwiecień 2001)
Janusz Christa
Janusz Christa  urodził się w 1934 roku w Wilnie. Zadebiutował w 1957 roku jednostronicowymi historyjkami "Kuku-Ryku". Następnie rozpoczął ścisła współpracę z magazynem "Wieczór Wybrzeża", publikując tam paski komiksowe z przygodami Kajtka-Majtka, potem Kajtka i Koka. W 1972 roku stworzył swych najsłynniejszych bohaterów Kajka i Kokosza, których przygody najpierw pojawiły się w "Świecie Młodych", a potem, podobnie jak opowieści o Kajtku i Koku, doczekały się wydania albumowego. Jego komiksy, m. in.: "Bajki dla dorosłych" pojawiały się również w magazynie "Relax". Janusz Christa ma na swoim koncie ponad 30 albumów komisowych i jest jednym z najpopularniejszych polskich twórców komiksu. Obecnie mieszka w Sopocie. Wydawnictwo Egmont opublikowało w 2001 r. dwa grube albumy o przygodach Kajtka i Koka: "Kajtek i Koko w kosmosie" oraz "Kajtek i Koko na tropach pitekantropa", a obecnie, od lutego 2003 roku, wznawia w jednolitej edycji wszystkie komiksy poświęcone Kajkowi i Kokoszowi.
Wywiad z Autorem
WYWIAD Z JANUSZEM CHRISTĄ

Na jakich komiksach pan się wychował?
Janusz Christa: Przed wojną wydawane mnóstwo komiksów polskich. Drukowano m. in. "Karuzelę", którą lubiłem najbardziej, poza tym "Tarzana", "Pata i Pataszona".

Kiedy pan zaczął rysować?
Janusz Christa: Rysowałem od zawsze. Bez przerwy gryzmoliłem coś we wszystkich zeszytach. Nauczyciele najpierw zwracali mi uwagę, a potem już dali spokój, bo zrozumieli, że jest to silniejsze ode mnie.

Dlaczego w ogóle zajął się pan komiksem?
Janusz Christa: Według komunistów komiks był synonimem zgniłej, zachodniej kultury, jednym słowem coś najgorszego, tak samo zresztą jak guma do żucia, długie włosy czy kolorowe skarpetki.

A więc rysowanie komiksów było dla pana swoistą formą politycznego protestu?
Janusz Christa: Otóż to!

Jakie były początki Kajtka i Koka?
Janusz Christa: Poszedłem do "Wieczoru Wybrzeża", który był wydawany codziennie. Gazeta nie dostawała dotacji i musiała sama na siebie zarobić. Musiała przykuwać oko, więc zdecydowała się na publikacje komiksów. Pierwsze rysunki, które im zaniosłem, to była historia kowbojska. Niestety, Komitet Wojewódzki PZPR nie zgodził się na zamieszczenie komiksu, którego akcja rozgrywałaby się w Ameryce, więc poproszono mnie o wymyślenie czegoś, co miałoby związek z Wybrzeżem. Wtedy postanowiłem stworzyć historię o dwóch marynarzach. Nigdy nie pływałem na statkach pasażerskich, więc nie wiedziałem jak je rysować. Poprosiłem kolegę, zawodowego fotografika, aby poszedł ze mną do Muzeum Morskiego w Gdańsku. Tam wykonał około pięćdziesięciu fotografii jednego okrętu, które stały się potem cennym materiałem wyjściowym do rysowania "Kakaryki". Najpierw powstał Kajtek-Majtek, ale brakowało mu towarzystwa, więc dla kontrastu wymyśliłem Koka-grubasa.

Jak doszło do przemiany marynarzy Kajtka i Koka w rycerzy Kajka i Kokosza?
Janusz Christa: Po prostu wyczerpałem temat morski. Wtedy właśnie wysłałem obu bohaterów w kosmos i w tym kosmosie siedzieli około trzech lat. Kiedy mi się już znudziło, wpadłem na pomysł umieszczenia akcji we wczesnym średniowieczu, ale by uniknąć kłopotów, wybrałem okres przedchrześcijański.

Jak wspomina pan kontakty z czytelnikami?
Janusz Christa: Bardzo miło, ale musze stwierdzić, że dzieci są bardzo spostrzegawcze. We wnętrzu chaty Kajka i Kokosza znajdował się kominek, nad którym wisiał łeb dzika. W innym albumie zamiast dzika narysowałem w tym miejscu żubra. Czytelnicy zauważali tego typu zmiany i pisali do mnie listy z pretensjami. Takich sytuacji było wiele, więc przygotowałem ściągę - gruby album z rysunkami wnętrz i wszystkich postaci, do którego później wystarczyło tylko zajrzeć.

Czy ma pan swoich ulubionych bohaterów komiksowych?
Janusz Christa: Bardzo lubię Asteriksa i Lucky Lucke`a. W ogóle cenię prace Goscinnego.

Czy oprócz komiksu ma pan jakieś inne hobby?
Janusz Christa: Miałem zespół rock and rollowy, w którym nieźle grałem na perkusji. Nawet w pewnym momencie swoją karierę miałem oprzeć na muzyce, chociaż nigdy żadnej szkoły muzycznej nie kończyłem. Ale przede wszystkim zawsze byłem pasjonatem żeglarstwa.

Czy mógłby pan udzielić młodym adeptom sztuki komiksowej paru rad doświadczonego wyjadacza?
Janusz Christa: Trzeba gryzmolić, gryzmolić - bez przerwy. Jeśli ktoś uważa, że ma talent, to jest to za mało. Żeby dobrze rysować komiksy, wystarczy tylko pięć procent talentu. Pozostałe dziewięćdziesiąt pięć to praca.

Wywiad przeprowadziła Ksenia Chamerska ("Świat Komiksu" 9, styczeń 1999)
Opowieści Ojca Koka
Janusz Christa, autor "Kajtka i Koka w kosmosie", w swojej długiej karierze rysownika komiksów przeżył wiele przygód równie atrakcyjnych, co stworzeni przez niego bohaterowie. Oto kilka jego wspomnień...

Gryzmolenie
Już od powszechniaka gryzmoliłem i gryzmoliłem. Na wszystkich lekcjach. Całe zeszyty były zabazgrane - z jednej strony temat, a z drugiej gryzmolenie. Nauczyciele zwracali uwagę, opieprzali, obniżali stopnie, wzywali rodziców. Ale ja mam podzielna uwagę, mogę rysować i z powodzeniem równocześnie słuchać radia. Wiec rysowanie wcale mi nie przeszkadzało w uważaniu na lekcjach. W gimnazjum jeden z belfrów spostrzegł kątem oka, że rysuję i dalej prowadził wykład. Nagle zrobił przerwę:

- Christa, wstań i powiedz, o czym mówiłem.

A ja mu słowo w słowo powtórzyłem. Wysłuchał w zdumieniu i stwierdził:

- Wiesz co, a gryzmol sobie, skoro nic nie możemy na to poradzić.

Bierut
Gdy byliśmy w liceum, każdy musiał - chciał, czy nie chciał - kupować "Sztandar Młodych". Nikt tego nie czytał, bo to szmatławiec był straszliwy. Raz, na imieniny (czy urodziny, cholera wie), na pierwszej stronie wydrukowali olbrzymią twarz tego Bieruta. To ja, dawaj, kulfona mu domalowałem, usta, brwi, w ogóle gęba wyszła ślicznie. A Tadzio, co siedział obok mnie, w swoim "Sztandarze" zrobił z niego Hitlera. To nawet łatwo było: grzywkę mu domalował, wąsy, chociaż Bierut i tak przecież miał wąsy. I belfer zauważył, że (o dziwo!) Tadzio gryzmoli. Gdy Christa gryzmolił, to nic dziwnego, ale ten?

- Chodź tu, Tadziu, co ty tam rysujesz?

Ten z całą naiwnością pokazał mu gazetę. A belfer klasie. Też durny, bo teraz już za dużo osób widziało. Klasa w pierwszym momencie ryknęła śmiechem. A ja, czując aferę, swoja gazetę szybko schowałem. Mnie nie dorwał.

Za 15 minut była w szkole Ubecja. Tadzia i mnie za dupska do Gdyni, tam wtedy była wojewódzka komenda. Ubecy byli święcie przekonani, że to moja robota, bo w szkole już im donieśli, że mam świra na punkcie rysowania. Poza tym, na UB doskonale znali mego starszego brata, który służył u Łupaszki, potem się ujawnił, siedział. Ale Tadzio przez cały czas, zresztą uczciwie, mówił:

- To ja rysowałem. Christa narysowałby to znacznie lepiej.

Dostał równo rok poprawczaka. A ja tylko w mordę dostałem.

Gazetka
Pracowałem w Dalmorze (centrali połowów morskich). Najpierw jako perkusista w orkiestrze, ale z czasem orkiestrę rozwiązali i nie miałem nic do roboty. Zwolnić mnie nie chcieli i wymyślili, że ja tak lubię rysować, to mogę robić gazetkę ścienną o bumelantach i złodziejach. Takich, którzy się spóźniają do pracy czy wynoszą kilo śledzi z zakładu. A było co kraść. Naród biedny, to i kradnie, zwłaszcza taki rybak, który łapał tych ryb od cholery, a do domu nie miał żadnej, żeby choć poczęstować rodzinę. To i brał pod pachę, szedł, a na bramce wartownicy sprawdzali. Wprawdzie nie każdego, ale od czasu do czasu kogoś złapali.

- Christa, napisz imię, nazwisko i narysuj, jak on w takiej masce bandziora kilo śledzi kradnie.

Więc rysowałem. W końcu spotkała mnie banda chłopaków-rybaków i mówią:

- Ty przestań, chłopie, robić jaja! Przestań tu wyrysowywać takie durnoty, bo ci nakopiemy do tyłka!

Ja byłem zawsze uczciwy i sądziłem, że to nic złego, że ja tylko tępię złodziei, bo kraść nie należy. Ale jak usłyszałem taki tekst, a chłopaki były każdy jak szafa, to dałem z tej pracy dyla.

Papier
Moje pierwsze komiksy rysowałem na kalce technicznej, bo w żaden sposób nie można było dostać brystolu. Ale z czasem wpadłem na pomysł z papierem fotograficznym. Po jednej stronie była kładziona emulsja, ale po drugiej był brystol - dobry zagraniczny papier. Agfa to robiła.
Kiedyś w sklepie mi odbiło. Poprosiłem o dwie paczki. Chodziło o największy rozmiar, bo paski z komiksami tylko w takim formacie się mieściły. Było drogo, ale trudno. Baba mi podaje. A ja pytam:

- Czy pani sprawdzała, że to jest biały papier, a nie różowy czy niebieski?

- Ależ skąd, proszę pana. Oczywiście, że biały!

- Zaraz, zaraz, chwileczkę. Ja tu kupuję kota w worku. Muszę mieć pewność.

A ja rozdarłem te kopertę, wyciągnąłem papier, patrzę - faktycznie biały. Chociaż tylko z jednej strony, bo z drugiej zaraz się prześwietlił i zrobił się czarny. W tym momencie ona z wrzaskiem:

- Proszę pana, ja teraz od pana tego nie przyjmę! Ten papier jest prześwietlony!

- Wcale nie chcę, żeby go pani przyjmowała. Taki właśnie mi pasuje.
Popukała się palcem w czoło.

Piórka
Przez lata kupowałem radzieckie piórka do rysowania. Były strasznie twarde, rysowało się jak drutem. Spytałem nieżyjącego już dziś Jurka Wróblewskiego:

- Słuchaj, jakim piórkiem ty rysujesz? Te ruskie są przecież pancerne... a polskie to w ogóle do niczego się nie nadają..

- Wiesz, kupiłem w Składnicy Harcerskiej silniczek do samolotu napędzany bateryjką - odpowiada mi Jurek. - Japoński, bardzo dobry. On ma taki dziobek, trzeba na niego nadziać dużą gumkę do ścierania, ale idealnie okrągłą. Potem oblepić ją najcieńszym papierem ściernym i gotowe.

Wiec też sobie taki silniczek kupiłem. I powoli, dokładnie przypatrując się przez lupę, tarłem. Dopiero jak pół piórka spiłowałem, stawało się elastyczne, dzięki czemu mogłem osiągnąć moja miękką kreskę.

Uratowane paski
Najwięcej komiksowych odcinków zginęło mi w czasach "Wieczoru Wybrzeża". Czasami z tygodniowej porcji sześciu pasków wracały do mnie trzy. W redakcji rozkładali ręce:

- Niech pan idzie do drukarni. Tam sobie interweniuje.

A ja w drukarni nawet nie wiedziałem, z kim mam gadać - w końcu drukarnia to nie jest paru ludzi. Ale poszedłem. Krążyłem od jednego kierownika do drugiego, wreszcie trafiłem na właściwego faceta, który odbierał oryginalne klisze po wydrukowaniu.

- Odkładaj mi pan te klisze - mówię do niego, jak Polak do Polaka. - Ja panu co miesiąc będę za to pół litra przywoził.

I dzięki temu sporo tych pasków się uratowało.

Scenariusze
Z rysowaniem codziennego komiksu do "Wieczoru Wybrzeża" roboty było dość. Cały czas siedziałem i zasuwałem jak wół. Moja obecność w redakcji ograniczała się do tego, że raz w tygodniu przynosiłem paski. Czasami ostatni, szósty odcinek, ten do wydania sobotniego, kończyłem w sposób dramatyczny: "O Jezu, i co dalej?". Ale ja w tym momencie nie wiedziałem, co dalej! Wymyślałem o tydzień później. Tak szło latami. W życiu nie pisałem takich scenariuszy od początku do końca. Zawsze ograniczałem się do tych sześciu pasków i dalej nie miałem pojęcia, co będzie.

Potem przeniosłem się do "Świata Młodych" i tam zażądano ode mnie scenariuszy do komiksów. Scenariusze - ha, to była dla mnie duża nowość! Kazali mi najpierw przedstawić historie w całości, i to rozpisana na poszczególne rysunki, bo gazeta była ogólnopolska i cenzura musiała przywalić stempel. Więc siadałem i zaczynałem pisać. Im więcej napisałem, tym bardziej mi się moje pisanie nie podobało. I tu skreślę, i tam skreślę, i to poprawię, i jeszcze mi się nie podobało. Wreszcie okazywało się, że pierwotny pomysł w niczym nie przypominał tego, co ostatecznie napisałem. Ja się nad scenariuszami bardziej wtedy męczyłem niż na rysunkami.

   
Komiksu, jak każdego rzemiosła, trzeba się nauczyć. Będziesz naprawdę dobry dopiero po wielu latach pracy. Chcesz dobrze rysować - zagryzmol najpierw dwa wagony papieru.
Janusz Christa



Po latach
Dawniej komiks był czymś wstydliwym, o czym nie należy mówić. Przekonywałem ludzi, że poważne pisma drukują dowcipy rysunkowe.

- Ale pojedyncze - odpowiadali.

- A czym to się różni, do cholery, od tego, że ja zamiast jednego rysunku zrobię cztery i wsadzę tekst? - ripostowałem. - Czym to się różni od filmu rysunkowego?

- Tym, że film rysunkowy się rusza.

Nie bardzo mogłem ich przekonać. I już chyba nie przekonam.


Wspomnień Janusza Christy wysłuchali Krzysztof Janicz i Juliusz Soławski ("Świat Komiksu" 25, listopad 2001)
Bibliografia
Bibliografia serii Janusza Christy o Kajtku i Koku:

   1. "Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka" (Kajtek rozwiązuje zagadkę Latającego holendra) 1958r., 78 odcinków.

   2. "Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka" (Kajtek i prof. Kosmosik lecą na Marsa) 1958-59 r., 146 odcinków.

   3. "Niezwykłe przygody Kajtka-Majtka" (Kajtek i profesor w średniowieczu) 1959-60r., 282 odcinki.

   4. "Przygody Kajtka-Majtka" (Kajtek i profesor kontra człowiek o stu twarzach) 1960-61r., 129 odcinków.

   5. "Przygody Kajtka-Majtka" (krótkie historyjki satyryczne) 1961r., ok. 80 odcinków.

   6. "Przygody Kajtka-Majtka" (Kajtek i Koko walczą ze współczesnymi piratami) 1961-62r., 222 odcinki. Ukazała się w albumie "Kajtek i Koko na tropach pitekantropa" (Egmont 2001) pod zmienionym tytułem "Wśród piratów".

   7. "Opowiadanie Koka" (Koko w Arktyce) 1962-63r., 120 odcinków.

   8. "Przygody Kajtka i Koka" (w krainie baśni) 1963-64r., 348 odcinków. Końcowy epizod tej serii ukazał się w albumie "Pojedynek z Abrą". Całość wydrukowana w albumie "Kajtek i Koko na tropach pitekantropa" (Egmont 2001) pod zmienionym tytułem "W krainie baśni".

   9. "Na tropach pitekantropa" (podróż dookoła świata i mnóstwo strzelaniny) 1964-65r., 369 odcinków. Cała seria ukazała się w albumie "Kajtek i Koko na tropach pitekantropa" (Egmont 2001).

  10. "Kajtek i Koko na wakacjach" (różne letnie przygody) 1965r., 56 odcinków.

  11. "Opowieść Koka" (przygody na statku przemytników) 1965-66r., 207 odcinków.

  12. "Przygody Kajtka i Koka" (poszukiwania skarbu w poniemieckich bunkrach) 1966-67r., 312 odcinków. Całość serii wydano w albumach: "Śladem białego wilka", "Duch bunkra", "Chybiony strzał".

  13. "Przygody Kajtka i Koka" (science fiction) 1967r., 137 odcinków. Całość serii wydano w dwóch albumach pod tytułem "Zwariowana wyspa".

  14. "Przygody Kajtka i Koka" (historia kryminalna) 1967-68r., 137 odcinków. Całość serii wydano w dwóch albumach "Londyński kryminał".

  15. "Kajtek i Koko w kosmosie" (historie science-fiction i fantasy) 1968-72r., 1265 odcinków. Fragmenty serii wydano w albumie "Kajtek i Koko w kosmosie". Ponadto ukazały się trzy z planowanych 12 albumów kolorowej edycji: "Zabłąkana rakieta", "Twierdza Tyrana", "Kosmiczni piraci". Także na łamach "Świata Komiksu" nr 10 opublikowano fragment serii. Całość serii ukazała się w egmontowskim wydaniu "Kajtek i Koko w kosmosie" w 2001 r.
Kleks:
Szarlota Pawel
Szarlota Pawel to pseudonim rysowniczki i scenarzystki komiksowej, Eugenii Pawel-Kroll. Jak sama wspomina (wywiad dla "Krakersa" nr 3/2000), wychowała się w domu pełnym książek, których nadal jest wierną czytelniczką. Od razu po ukończeniu Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w roku 1974 dostała propozycję pracy w lokomotywie prasowej ówczesnego polskiego rynku komiksowego - "Świecie Młodych". Przez następne 24 lata była ściśle związana z redakcjami "ŚM", a potem jego następcy - "Uśmiechu numeru". Jednym z jej nauczycieli w zakresie rysowania komiksów był Papcio Chmiel, który wszakże zarzucał jej, iż zbytnio wzoruje się na rysunkach Walentynowicza (twórcy ilustracji do "Koziołka Matołka"). Ona sama zaś wspomina, że początkowo "rysowała szkaradnie", ale za to miała "pyszną zabawę z przeinaczaniem znanych bajek tak, by zakończenie zaskakiwało". Obecnie jest tak zwanym wolnym strzelcem. Jako rysownik pracuje w dziedzinach: ilustracja książkowa i prasowa, komiks, dowcip rysunkowy, komentarz satyryczny, rysunek artystyczny i malarstwo. Wydała w prasie ponad tysiąc odcinków komiksów, z których wiele ukazało się w postaci książeczek. Ma też całą szufladę narysowanych komiksów, które nie doczekały się wydania.
Znak zodiaku: Skorpion
Specjalność - życie z dala od zgiełku.
Bibliografia serii "Kleks"
Bibliografia komiksów Szarloty Pawel o Kleksie opublikowanych na łamach "Świata Młodych"

- Pierwsza przygoda, bez tytułu, rok 1973
- "Skarb kapitana Melby", "Złodziej", "Planeta marchewek", rok 1974
- "Zima", "Złodzieje" i inne historie, rok 1975
- "Wspomnienia z wakacji", lata 1975-76
- "Pogromcy smoka", rok 1976
- "Zima", "Złota rybka" i inne historie, lata 1977-78
- "Na wakacjach", "Kosmos", rok 1979
- "Odwiedziny smoka", rok 1979
- "Kleks w krainie zbuntowanych luster", rok 1980 (II wyd. - rok 1990)
- "Szalony eksperyment", lata 1981-82
- "Szukajmy ciotki Plopp!, rok 1982 (II wyd. - rok 1989)
- "Porwanie księżniczki", lata 1982-83
- "Pióro kontra flamaster", lata 1983-84
- "Tajemnicza sprawa", rok 1984
- "Złoto Alaski", rok 1985
- "Smocze jajo", rok 1986
- "W pogoni za czarnym Kleksem", lata 1887-88
- "Kleks", rok 1992
Bibliografia albumów i kalendarzy
Bibliografia albumów i kalendarzy Szarloty Pawel:

- "Przygody Jonki,Jonka i Kleksa" MAW, 1980 (II wyd. - MAW, 1985)
- "Kalendarz z Kleksem na rok 1982" - KAW Katowice, 1981
- "Kalendarz z Kleksem na rok 1983" - Kaw Katowice, 1982
- "Kubuś Piekielny: Przeprowadzka" - MAW, 1983 (II wyd. jako "Przeprowadzka" - MAW, 1989)
- "Kubuś Piekielny: Sąsiedzi" - Interpress, 1984 (II wyd. jako "Sąsiedzi" - Interster, 1984)
- "Porwanie księżniczki" - MAW, 1985 (II wyd. - MAW, 1988; III wyd. - J&K, 1990)
- "Pióro kontra flamaster" - MAW, 1985 (II wyd. - MAW, 1988)
- "Smocze jajo" - MAW, 1986 (II wyd. - MAW, 1987)
- "Złoto Alaski" - MAW, 1986 (II wyd. - MAW, 1988)
- "Z Kleksem na przełaj przez bajki" - Sztuka Polska, 1987
- "W pogoni za czarnym Kleksem" - MAW, 1989
- "Z Kleksem na przełaj przez bajki i nutki" - FUGA, 1989
- "Kleks i złota rybka" - Intrografia, 1989
- "Szalony wynalazca - kalendarz na rok 1990" - Format, 1989
- "Tajemnica VIIb" - Bank Spółdzielczy, brak roku wydania
- "Kleks w krainie zbuntowanych luster" - Egmont 2002
- "Złoto Alaski" - Egmont 2003
Tutus:
Henryk Jerzy Chmielewski
Henryk Jerzy Chmielewski, czyli Papcio Chmiel (niegdyś zwany także Dziadziem Chmielem) urodził się 7 czerwca 1923 r. na warszawskim Starym Mieście. Jak sam pisze w swojej autobiografii ("Urodziłem się w Barbakanie", Warszawa 1999), potężny wybuch prochowni w Cytadeli Warszawskiej w roku 1923 ustawił go na całe życie: "... przez falę uderzeniową autor pieprznął się w ciemię, uderzając łepetyną w blaszany obrazek [...] Jako puknięty za młodu, nie miał szans zostać w wieku dojrzałym kimś znacznym: senatorem, biskupem, twórcą stanu wojennego lub chociażby wydawcą. Został prostym rysownikiem komiksów".

Wojnę zdołał przeżyć, mimo że należał do Armii Krajowej, w jego domu odbywały się tajne spotkania podziemia, a na dodatek walczył w Powstaniu Warszawskim. Zamiłowanie do broni pozostało mu na następne lata, gdyż po wojnie został artylerzystą w Wojsku Polskim.

Karierę komiksiarza rozpoczął, rysując dla "Świata Przygód" kontynuację losów "Sierżanta Kinga z królewskiej konnicy" (rok 1947), a potem w "Świecie Młodych" humoreski takie jak "Półrocze bumelanta" (rok 1951) czy "Witek Sprytek" (lata 1955-56). W roku 1956 wpadł na pomysł komiksu o Romku, A`Tomku i małpie wysłanej w kosmos - czyli Tytusie. Historia ta nie znalazła uznania w redakcji "Świata Młodych". Wydrukowana została dopiero rok później, kiedy Rosjanie wystrzelili pierwszego sputnika - a więc komiks o przygodach kosmicznych okazał się jak najbardziej na miejscu...

Od tamtego czasu aż do lat 80. przygody trójki bohaterów systematycznie ukazywały się na łamach "ŚM", jednak od drugiej połowy lat 60., kiedy "Tytus Romek i A`Tomek" pojawili się w książeczkach, przygody publikowane w piśmie coraz częściej stawały się fragmentami nowych albumów.

Pierwsza z serii książeczek została wypuszczona na rynek przez Wydawnictwo Harcerskie "Horyzonty" w 1966 r. Nosiła tytuł "Tytus zostaje harcerzem". Od razu zdobyła olbrzymią popularność, o czym świadczy chociażby liczba wydań (sześć!) w łącznym nakładzie 660 tys. egzemplarzy! Podobnie było z następnymi tomami, których do dziś pojawiło się dwadzieścia siedem. Początkowo wydawane były przez "Horyzonty", potem Młodzieżową Agencję Wydawniczą, firmy Prószyński i S-ka oraz Jaworski i S-ka, zaś "Księga XXVII: Tytus graficiarzem" (2002 r.) i "Księga XXVIII: Tytus internautą" (2003 r.) opublikowane zostały przez Egmont Polska w serii Klub Świata Komiksu.

Henryk Jerzy Chmielewski mieszka obecnie w Warszawie razem z żoną i psem.

Artur Szrejter
Bibliografia
Bibliografia komiksów H. J. Chmielewskiego o Tytusie Romku i A`Tomku opublikowanych w "Świecie Młodych":

1. W kosmosie wersja 1 (spotykają Tytusa), 1957, 41 odc.
2. Podróż do Australii, 1958, 86 odc.
3. Na wyspach Bożego Narodzenia, 1959, 62 odc.
4. Wędrówka przez historię, 1961, 48 odc.
5. Pojedyncze, niezwiązane ze sobą historyjki, 1961-62, 5odc.
6. Przygody z Rozalią, 1962, 31 odc.
7. Wyprawa wannolotem, zimowe przygody i na obozie harcerskim, 1962, 63 odc.
8. Przygody w domu, w szkole, 1963, 9 odc.
9. Podróż poduszkowcem, Tytus w redakcji i różne zawody Tytusa, 1964, 15odc.
10. Wyprawa autokonikiem, 1964, 5 odc.
11. Wyprawa wirolotem, 1964, 19odc.
12. Praca w spółdzielni "Odnawianko", 1965, 15 odc.
13. Zimowe przygody, hartowanie Tytusa, zabawa w wojsko, 1965, 18 odc.
14. Różne, pojedyncze przygody, 1965, 12 odc.
15. W kosmosie, 1966, 14 odc.
16. Przygody zimowe i wyprawa trąbolotem, 1966, 59 odc.
17. Wyprawa wannolotem do Meksyku, 1968, 33 odc.
18. Tytus w redakcji i wyprawa wkrętaczem, 1969, 14 odc.
19. Tytus w szkole, 1969, 30 odc.
20. Pojedyncze przygody, 1970, 3 odc.
21. Przygody w westernie, 1970, 10 odc.
22. Ciasto świąteczne, 1971, 2 odc.
23. Wyprawa po głaz babci Straszkowej, 1971, 7 odc.
24. Mielolotem przez epoki historyczne, 1972, 21 odc.
25. Wycieczka zimowa, 1973, 7 odc.
26. Tytus iluzjonistą, 1973, 5 odc.
27. Wyprawa na Wyspy Mrówcze, 1973, 15 odc.
28. Przygody zimowe i wyprawa młynkolotem, 1974, 14 odc.
29. Ochrona zabytków, 1974
30. Operacja "Bieszczady", 1975
31. Wyspy Nonsensu, 1977
32. Nowe metody nauczania, 1978
33. Geologia, 1979
34. PZU, 1979, 2 odc.
35. Dziennikarstwo, 1980, 31 odc.
36. 35 lat "Świata Młodych", 1984, 1 odc.
37. Umuzykalnianie Tytusa, 1984, 30 odc.
38. Plastyka, 1985, 61 odc.
39. Teatr, 1985, 9 odc.
40. Tytus harcerzem, 1987, 31 odc.
41. Poprawka z geografii, 1987, 26 odc.

(w wykazie nie zostały uwzględnione przedruki fragmentów albumów o Tytusie, Romku i A`tomku)
Zebrał: Marek Misiora
W pustyni i w puszczy:
Wywiad z Rafałem Skarżyckim
Wywiad z Rafałem Skarżyckim - scenarzystą komiksu "W pustyni i w puszczy"

Jak wygląda scenariusz przygotowany dla rysownika?
R.S.:Scenariusz komiksowy jest generalnie bardzo zbliżony do scenariusza filmowego czy też teatralnego. Różni się tylko podziałem historyjki na kadry. Trzeba uwzględnić to, że dana historyjka musi się mieścić w określonej liczbie stron. W scenariuszu musi znajdować się opis tego, co w każdym kadrze się dzieje, dialogi, wyrazy dźwiękonaśladowcze, które pojawiają się nie w dymkach tylko w tle oraz didaskalia, które są wtrętami narratora.

Jakie były trudności z adaptacja powieści "W pustyni i w puszczy"?
R.S.: Przede wszystkim założona objętość komiksu była zbyt mała, żeby można było opowiedzieć wszystko, co działo się w książce. I dlatego trzeba było wybrać pewne wątki kosztem innych. Poza tym musiałem dokonać przekładu z języka powieści na język komiksu. Opisy, które w powieści zajmowały niedużo miejsca, po przełożeniu na język komiksu raptem się rozrastały. Trzeba było zadbać o zachowanie proporcji dialogów i rysunków. Problemem było tez to, że akcja "W pustyni i w puszczy" bardzo szybko przenosi się z miejsca na miejsce i trudno jest to pokazać w komiksie w sposób atrakcyjny. Musiałem decydować, które informacje są absolutnie nie do usunięcia i właśnie je starałem się przedstawić za pomocą obrazu, czasami uciekając się do didaskaliów, które informują między innymi o tym, że minęło tyle i tyle dni. Żałuję, że wypadła na przykład scena, w której Beduini zabijają węża, przyjmując to za zły omen i powód rozpętania burzy piaskowej. Ta scena jest bardzo klimatyczna, ale musiała zostać usunięta.

Czy dialogi zostały zaczerpnięte bezpośrednio z książki, czy trzeba je było wymyślać?
R.S.: Tutaj zastosowałem technikę mieszaną. Tam gdzie się dało, zostałem przy Sienkiewiczu. Ale z racji tego, że dialogi w komiksie nie mogą być obszerne, żeby nie przytłoczyły rysunków, należało dokonywać cięć. Kiedy się wytnie określona liczbę zdań, trzeba zmieniać często szyk tego, co zostało, i wygładzić język. Zdarzały się takie sytuacje, które w książce zaznaczone były tylko opisem, a w komiksie aż prosiły się o dialog. W takich miejscach musiałem wymyślić dialogi, starając się, żeby język jak najbardziej zbliżony był do tego, który jest w książce.

Wywiad spisała Redakcja ŚK ("Świat Komiksu" 22, kwiecień 2001)
Rozmowa z Wiesławem Dojlidko
Rozmowa z Wiesławem Dojlidko - rysownikiem albumu "W pustyni i w puszczy"

Na ile podczas rysowania komiksu kierował się Pan sugestiami zawartymi w scenariuszu, a co wymyślił Pan sam?
W.D.: Prawdę mówiąc, miałem swoją wizje, jak należy narysować ten komiks. Nie trzymałem się dokładnie scenariusza. Kierowałem się przede wszystkim tym, żeby album był jak najwierniejszy książce, jak najlepiej oddawał jej atmosferę. Ja również w dużej mierze decydowałem o podziale planszy na kadry w tym komisie. Nawet liczba stron jest inna niż w scenariuszu.

A co Pan pozmieniał?
W.D.: Scenariusz był bardzo uproszczony, więc niektóre elementy zmieniłem. Weźmy na przykład scenę, w której Staś jedzie do Lindego. Scenarzysta chciał, żeby była to jedna, bardzo długa scena rozgrywająca się w nocy. A ja uznałem, że lepiej będzie uniknąć takich dłużyzn. Stwierdziłem, że będzie atrakcyjniej przedstawić wędrówkę Stasia do baobabu, nastanie dnia i potem ponowną wizytę u Lindego.

Jak wyglądało samo rysowanie?
W.D.: Przed powstaniem ostatecznej planszy najpierw robię szkice. Nie używam typowo komiksowej techniki rysunku. Rysowałem ten komiks tak, jak się robi ilustracje. Zazwyczaj maluję farbami plakatowymi. Jeżeli chcę wprowadzić jakąś poprawkę, zwykle zamalowuję kadr, z którego nie jestem zadowolony. Czasem zmywam farbę, ale z papieru udaje się to tylko do pewnego stopnia.

Jak się przygotowywał Pan do rysowania tego komiksu?
W.D.: Właściwie byłem przygotowany już dwa lata temu, kiedy to rysowałem ilustracje do książki "W pustyni i w puszczy". Przeczytałem parę książek o Afryce, o tym jak Sienkiewicz pisał i o jego podróżach. Poza tym przeglądałem albumy o Afryce i o architekturze Egiptu. Trochę materiału ściągnąłem z Internetu, w którym znalazłem przede wszystkim stroje.

Ile czasu rysuje się tak długi komiks?
W.D.: Ponad pół roku. Na jedną planszę potrzeba co najmniej dwa dni.

Dziękujemy za rozmowę.
Wywiad spisała Redakcja ŚK ("Świat Komiksu" 22, kwiecień 2001)
Egmont 2007
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka prywatności