|
|
"Miłość i śmierć w cesarskim Rzymie"
Po cokolwiek pospiesznej komiksowej adaptacji "Quo Vadis", mamy okazję wrócić w tę samą epokę dzięki dziełu zrealizowanemu przez niekwestionowanych zawodowców. Cykl Jeana Dufaux i Philippe'a Dellaby'ego "Murena" to kolejna wyprawa sławnego francuskiego scenarzysty w odległe epoki, inspirowana także i noblowską powieścią Sienkiewicza. Rzecz dzieje się w epoce cesarzy Klaudiusza i Nerona. Tytułowym bohaterem jest Lucjusz Murena, syn kochanki Klaudiusza, Lollii Pauliny. Status jego matki wciąga Murenę w sam środek wiru walki politycznej, jaka rozgrywa się między Klaudiuszem a jego żądną władzy żoną Agryppiną. Cesarz zamierza ją odprawić i ożenić z Lollią. Ale Agryppina nie ma zamiaru biernie czekać na ogłoszenie decyzji władcy, lecz uczyni wszystko, by sukcesja po nim przypadła jej synowi, Neronowi. Klaudiusz, a z nim i Lollia Paulina są w niebezpieczeństwie...
Epicki komiks, osnuty na kanwie krwawych wydarzeń historycznych, to opowieść o władzy, zdradzie i zbrodni, z bohaterem głęboko uwikłanym w intrygi, choć zachowującym krystaliczne zalety charakteru Rzymianina. Lucjusz Murena prowadzi nas przez mroczne tajemnice cesarskiego dworu, szukając morderców swej matki, ale jednocześnie staje się przyjacielem młodego Nerona... "Murena" to starorzymska historia, jakiej dawno w komiksie nikt tak dobrze nie opowiedział ani nie narysował. Dodatkowym atutem serii są delikatnie przemycone elementy fantasy.
Pierwszy tom cyklu planowanego na trzy albumy ukazał się w 1997, a ostatni w 2001 r. Trudno jednak określić z całą pewnością, czy rzeczywiście skończy się na trylogii, czy też Dufaux, zgodnie ze swymi zwyczajami, będzie ją kontynuował. Innym dziełem Dufauxa, do którego zamierza wrócić, jest dobrze znany w Polsce cykl "Skarga Utraconych Ziem" - rysunki jego ciągu dalszego ma tworzyć nie kto inny jak grafik "Mureny" - Philippe Delaby.
Wojciech Birek ("Świat Komiksu" 29, wrzesień 2002)
Jean Dufaux
Scenarzysta Jean Dufaux urodził się w 1949 r., skończył studia filmowe, zaś komiksem zajmuje się od 1983 r. Jest autorem scenariuszy do ok. 125 albumów, współpracował z 26 rysownikami, ma na koncie takie przeboje, jak "Skarga Utraconych Ziem", "Drapieżcy", "Niklos Koda", "Jessica Blandy". Jest laureatem całej masy nagród, a jego bogata wyobraźnia i biegłość warsztatowa pozwalają mu swobodnie przerzucać się z jednego gatunku do drugiego. Dufaux pisze zarówno komiksy historyczne, jak i kryminalne, obyczajowe, horrory, opowieści fantasy czy o tematyce erotycznej. O ich jakości decyduje jego umiejętność tworzenia intrygujących, wciągających fabuł i fascynujących postaci. Dufaux ma szczęście do rysowników, pracowali z nim Rosiński, Marini, Adamov i wielu innych.
Philippe Delaby
Rysownik Philippe Delaby (ur. 1961 r. w Tournai) świetnie czuje się w tematyce historycznej, wymagającej ogromnego przygotowania ikonograficznego, a w dodatku ze swobodą i smakiem umie opowiadać obrazami krwawe historie. Wyspecjalizował się w komiksach historycznych (m. in. rysując krótkie opowieści dla scenarzysty Yvesa Duvala) i udało mu się wnieść świeży oddech w skostniałą belgijską klasyczną szkołę komiksu historycznego, wylansowaną przez Jacquesa Martina. W 1980 r. wygrał konkurs komiksowy gazety "Journal de l'Escaut", a w nagrodę otrzymał kontrakt z wydawnictwem Lombard. Na początku lat 90. narysował swą pierwszą historię pełnometrażową: "Bran - Legenda zrodzona w porywach Północnego Wiatru" do scenariusza Jean-Luca Vernala. W 1993 r. wraz ze scenarzystą Lucem Delisse rozpoczął średniowieczną serię "Gwiazda Polarna". Cykl ten, planowany na siedem albumów, został wstrzymany po trzech - wydawca nie był zadowolony z młodego grafika, mającego zastąpić Delaby'ego, który właśnie wtedy rozpoczął pracę nad "Mureną"
W poszukiwaniu ptaka czasu:
O serii
"W dawnych czasach bogowie władali Akbarem w zgodzie, potęga ich magii była wielka i budziła respekt. A jednak pewnego dnia jeden z nich próbował obalić pozostałych i zawładnąć wszelkimi mocami. Nazywał się Ramor Jego zdradę odkryto i udaremniono. Oszalały ze złości Ramor został zaklęty i uwięziony we wnętrzu muszli! Czar, który go więzi przestanie działać w noc przesilenia Ta chwila zbliża się i wówczas zniszczenie i śmierć zapanują na Akbarze!"
Aby do tego nie dopuścić, czarodziejka Mara powierza Bragonowi - adoratorowi z lat młodzieńczych - niebezpieczne zadanie odnalezienia Ptaka Czasu. Tylko w ten sposób można zatrzymać czas i nie dopuścić do zagłady Akbaru. Rycerzowi w wyprawie towarzyszy młodziutka córka Mary - Pelissa.
Historia dzielnego Bragona i ponętnej, ale niesfornej Pelissy pełna jest przygód, niebezpieczeństw, nagłych zwrotów akcji i humoru. Specyficzna, tajemnicza atmosfera tej opowieści stworzona przez fenomenalne rysunki Loisela sprawiła, że czterotomowa seria "W poszukiwaniu Ptaka Czasu" stała się prawdziwym przebojem rynku komiksowego lat osiemdziesiątych.
Po raz pierwszy kilkanaście plansz tej historii pojawiło się na łamach magazynu "Imagine" w roku 1975. Dopiero 7 lat później została opublikowana w całości pierwsza część serii - "Muszla Ramora". Przez pięć następnych lat powstały kolejne odcinki: "Świątynia Zapomnienia", "Łowca", "Jajo Mroków". Począwszy od roku 1991 ta wspaniała saga znana jest również polskim czytelnikom dzięki magazynowi "Komiks" (dawniej "Komiks-Fantastyka"). Jedenaście lat po wydaniu "Jajo Mroków" autorzy postanowili wrócić do serii i tak w 1998 roku powstała następna część opowieści zatytułowana "Przyjaciel Javin". Tym razem akcja została przeniesiona w czasy młodości głównych bohaterów - Mary i Bragona.
Autorami scenariusza do "Przyjaciela Javina" są Le Tendre i Loisel. Podczas prac nad nowym odcinkiem dołączył Lidwine. To właśnie on narysował wszystkie plansze, do których story-boardy przygotował Loisel. Regis Loisel nie był w stanie poświęcić się rysowaniu tego albumu, ponieważ w tym czasie pracował nad kolejnym odcinkiem "Piotrusia Pana". Komiks "Przyjaciel Javin" był dla obu scenarzystów prawdziwym wyzwaniem. "Wszystko musiało się całkowicie zgadzać z poprzednią serią - mówi Le Tendre - było to trochę ryzykowne, zważywszy na złożoność historii. Poza tym chcieliśmy pokazać ewolucje postaci. W przypadku Bragona było to dość łatwe. Przedstawiliśmy go jako osiemnastoletniego młodzieniaszka o niewyparzonej gębie i wielkim sercu. Mara to sprawa bardziej skomplikowana. W "Jaju Mroków" to wiedźma manipulująca starym, naiwnym Bragonem. W "Przyjacielu Javinie" jest jeszcze młoda, piękna i niewinna. Dopiero odkrywa swą władzę. Może wybrać pomiędzy dobrej a złem..."
Autorzy zapowiadają, że album "Przyjaciel Javin" rozpoczyna drugi cykl serii, który ma być podzielony na cztery części. W nowych albumach podobno powróci Bodias, który zastąpi Bragona w sercu Mary, Bulrog i inni bohaterowie.
Ksenia Chamerska ("Świat Komiksu" 16, marzec 2000)
Serge Le Tendre
Ur. 01.12.1946 Serge Le Tendre już w wieku 12 lat oświadczył swoim rodzicom, że chce zajmować się komiksem. Niestety, został posłany do szkoły ekonomicznej. Papierkami zajmował się do 21 roku życia. Kiedy wreszcie sam mógł decydować o sobie, zaczął uczęszczać na kursy komiksowe prowadzone m. in. przez Girauda i Mezeriesa. Tam właśnie spotkał Loisela. Swoją prawdziwą karierę zaczął od czasopisma "Pilote", Później współpracował m. in. ze sławnym "Metal Hurlant", "Spirou" i "Fluide Glacial". Wymyślając komiksy, imał się jednocześnie przeróżnych zawodów: pracował w reklamie i w sex-shopie, zajmował się nawet preparowaniem ślimaków do celów naukowych. Prawdziwą sławę przyniósł mu dopiero cykl "W poszukiwaniu Ptaka Czasu". W 1986 roku na festiwalu w Luce otrzymał nagrodę "Yellow Kid" dla najlepszego scenarzysty międzynarodowego. Le Tendre jest autorem i współautorem scenariuszy do wielu serii m.in. "Podróże Takuana" i "Tai Dor".
Regis Loisel
Ur. 04.12.1951 Pierwsze kroki jako rysownik zaczął stawiać na początku lat osiemdziesiątych w czasopiśmie "Pieds Nickeles", później współpracował z "Pilote", "Fluide Glacial", "Metal Hurlant". Jednak tak samo, jak w przypadku Le Tendre`a, prawdziwą popularność przyniosła mu dopiero seria "W poszukiwaniu Ptaka Czasu". Oprócz wielu plansz komiksowych ma na swoim koncie również szereg ilustracji erotycznych. W 1990 roku wydawnictwo Vents d`Ouest opublikowało pierwszy album z serii "Piotruś Pan" z jego rysunkami. Scenariusz do tej historii został przygotowany na podstawie sławnej książki Jamesa Matthew Barrie. Seria liczy sześć części.
Lidwine
Ur. 12.05.1960 Po kilku mniej lub bardziej udanych próbach opublikowania swoich prac, Lidwinem w końcu zainteresowało się wydawnictwo Delcourt. W 1994 roku wyszedł album "Le dernier loup d`Oz" ("Ostatni wilk z Oz") według jego scenariusza i z jego rysunkami. Zanim zabrał się do pracy nad następnym odcinkiem tej serii, Le Tendre i Loisel zaproponowali mu narysowanie "Przyjaciela Javina".
O serii
Catholic fantasy
Prezentujemy jedną z najbardziej "gorących" serii komiksowych ostatnich lat. Od czasu francuskiej premiery pierwszego tomu, każdy kolejny oczekiwany jest z niecierpliwością, by następnie, po opublikowaniu, spotkać się z entuzjastycznym przyjęciem. Precyzyjnie skonstruowana, do najdrobniejszego szczegółu przemyślana intryga, wsparta bogatą dokumentacją historyczną i świetnie opowiedziana, z popisowymi kompozycjami stron, historia ta zachwyca i zadziwia, tym bardziej, że serial "Trzeci Testament" jest dziełem debiutantów.
Komiks mieści się w gatunku, który autorzy żartem nazwali "catholic fantasy": opowieść osadzona w konkretnych realiach historycznych, ale mocno nasycona elementami fantasy i - co ważniejsze - kryminału. Pewne jej składniki nieodparcie nasuwają skojarzenia z "Imieniem róży" Umberto Eco. Punktem wyjścia "Trzeciego Testamentu" są autentyczne czternastowieczne pamiętniki Elisabeth z Elsenor.
Niektóre postaci "Trzeciego Testamentu" są historyczne. Na przykład Konrad z Marburga rzeczywiście był jednym z pierwszych inkwizytorów Cesarstwa Niemieckiego, by potem, po tajemniczej aferze, zostać pozbawionym stanowiska i zniknąć z areny dziejów. W komiksie Konrad uzyskuje "nowe" życie - już w okresie po zniknięciu.
Akcja komiksu rozpoczyna się w sierpniu 1307 r., kiedy to były inkwizytor Konrad z Marburga zostaje poproszony przez arcybiskupa Paryża, Charlesa z Elsenor, o rozwikłanie sprawy serii zagadkowych mordów. Giną mnisi opactwa w Veynes, gdzie odkryto kryptę, zawierającą tajemniczy relikwiarz. Konrad, który przed laty omal nie spłonął na stosie na skutek fałszywego oskarżenia, wzdraga się przed mieszaniem się w sprawy wszechmocnej Inkwizycji, ale lawina wydarzeń zaczęła się już toczyć... Były inkwizytor, chcąc nie chcąc, znajduje się w samym sercu poszukiwań mitycznego "Trzeciego Testamentu", powierzonego przez Boga Juliuszowi z Samarii. Bohater musi stąpać wąską ścieżką, umykając potędze Inkwizycji, świetnie zorganizowanemu zakonowi templariuszy i tajemniczym, mrocznym siłom... Zaś u jego boku wiernie podąża młoda, piękna Elisabeth z Elsenor, narratorka opowieści. Komiks, mimo starannej dokumentacji historycznej, chętnie korzysta ze sztafażu fantasy, graficznie podkreślając wszelkie atrybuty tej konwencji. Co ciekawe, autorzy wspólnie pracowali zarówno nad scenariuszem, jak i szczegółami storyboardu. Pierwszy tom serii powstał w 1997 r., a do tej pory ukazały się już trzy z planowanych czterech - każdy noszący tytuł od imienia jednego z czterech Ewangelistów. Ostatni, z imieniem Jana w tytule, planowany jest na koniec roku 2002.
Wojciech Birek ("Świat Komiksu" 29, wrzesień 2002)
Autorzy
Twórcami cyklu są scenarzysta Xavier Dorison (ur. w 1974 r.) oraz rysownik Alex Alice (ur. w 1976 r.), którzy po raz pierwszy spotkali się na tzw. komiksowym "festiwalu Wielkich Szkół" w Paryżu. Alice - rysowniczy samouk - miał już za sobą debiut w postaci ilustracji do "Casus Belli" - pisma poświęconego grom fabularnym. Choć ukończyli rywalizujące ze sobą wyższe szkoły handlowe, szybko zostali przyjaciółmi i niebawem wspólnie wymyślili "Trzeci Testament".
Obaj autorzy pracują także nad innymi przedsięwzięciami. Dorison wspólnie z Mathieu Lauffrayem stworzył w 2000 r. komiks pt. "Prorok", zaś z Christophem Becem współpracuje przy serii "Sanktuarium". Wraz z Fabienem Nury pisze scenariusz filmowy, przygotowują też serię komiksową "West" - western fantastyczny, dziejący się na początku XX wieku. Autorem rysunków będzie specjalista w tym gatunku, Christian Rossi. Pierwszy album ujrzy światło dzienne pod koniec tego roku.
Z kolei Alice napisał scenariusz do komiksu "Tomb Raider - Dark Aeons", rysowanego przez Patricka Freona. Wziął także udział w zbiorowym przedsięwzięciu pt. "Wampiry", gdzie jest jednym z licznych autorów ilustracji.
"Długouchy samuraj"
Oto prawdziwy samuraj: dumna postawa, niezłomny charakter, ostre miecze... Tylko zamiast samurajskiego kucyka sterczą mu na głowie królicze uszy. Nazywa się Usagi Miyamoto: Usagi to po japońsku "królik"; nazwisko z kolei otrzymał po mistrzu miecza, Musashim Miyamoto. Zaś jego profesja to "yojimbo", czyli "ochroniarz do wynajęcia".
Autor serii o Usagim, Stan Sakai, zafascynowany kinem samurajskim, zwłaszcza dziełami Kurosawy (np. filmem "Straż przyboczna" - oryginalny tytuł brzmi właśnie "Yojimbo"), a także legendą Musashiego, postanowił stworzyć komiksową opowieść, osadzoną w realiach XVI-XVII-wiecznej Japonii. Pierwotnie Miyamoto miał mieć ludzką postać i pojawić się w komiksie "Oakenshield i Hermy". Album nie został jednak opublikowany, zaś w 1983 r. Sakai wpadł na pomysł zastąpienia ludzkich postaci zwierzakami. Nadał też bohaterowi nowe imię. Pierwszy epizod o króliku-samuraju ukazał się w 2. numerze serii "Albedo" w listopadzie 1984 r. Seria sprzedawała się raczej średnio... aż do chwili, gdy za sprawą "Teenage Mutant Ninja Turtles" Eastmanna i Lairda wybuchła moda na czarno-białe komiksy. Przypadkowo "Usagi" był tak zbliżony poetyką i klimatem do dziełka o żółwiach ninja, że szybko doszło do powiązania serii: Usagi pojawiał się w komiksach Eastmanna i Lairda, zaś żółwie parę razy zagościły na kartach opowieści o długouchym samuraju. Niezależnie jednak od tego wsparcia, "Usagi" szybko stał się popularnym komiksem, jedną z niewielu czarno-białych opowieści z lat 80., które są drukowane do dziś.
Serial składa się z wielu epizodów, które czasami łączą się w rozbudowane opowieści. Rozgrywają się w ogarniętym chaosem kraju, po którym włóczą się niedobitki z rozbitych armii i roninowie - bezpańscy samuraje. Takim roninem jest też Usagi - dawny samuraj klanu Mifune. Konflikt z rodem Hikiji, zakończony bitwą na równinie Adachi, doprowadził do zagłady rodu Mifune. Usagi w czasie bitwy osobiście odrąbał głowę swemu panu, by nie stała się trofeum dla wroga. Odtąd ronin błąka się po wyspie Honsiu, imając się różnych zadań. Postacie są tu zwierzętami: obok królika mamy koty ninja, węże-doradców czy ślepego wojownika-wieprza. Charakterystycznym akcentem komiksów o Usagim są wszechobecne dinozauropodobne jaszczury, zwane tokage; jeden z nich, imieniem Spot, jest nawet ulubieńcem bohatera.
"Usagi Yojimbo" nazywany jest skrzyżowaniem Disneya z Kurosawą, bowiem łączy tradycję komiksów zwierzęcych z klimatem opowieści samurajskich, znajomością realiów historycznych i wyczuciem dramaturgii. Serial zyskał międzynarodową popularność, zwłaszcza w Europie; ciekawe, że nigdy nie był tłumaczony na japoński. Sakai stworzył też dwie postacie potomków Miyamoto: Terry Miyamoto - daleką prawnuczkę Usagi, reporterkę śledczą w komiksie "Ten Little Critters", oraz Space Usagi, którego przygody rozgrywają się na odległych planetach.
Wojciech Birek ("Świat Komiksu" 26, styczeń 2002)
Stan Sakai
Urodził się 25.05.1953 r. w Kyoto, w Japonii, dorastał na Hawajach, obecnie mieszka w Kalifornii wraz z żoną Sharon i dziećmi: Hannah i Mathew. Ukończył wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Hawajskiego, a swoje studia uzupełnił w Art. Center Vollege w Pasadenie w Kaliforni. Historie komiksowe Sakaiego o Usagim Yojimbo pojawiły się w 1984 roku. Oprócz tego postać była wykorzystywana gościnnie w telewizyjnym serialu rysunkowym "Teenage Mutant Ninja Turtles", stała się też inspiracją zabawek, jest drukowana na koszulkach i doczekała się własnej serii komiksów. W 1991 r. Stan narysował futurystyczny cykl o przygodach potomka Usagiego, pod tytułem "Space Usagi". Królik-samuraj występuje tam w scenerii science-fiction. Stan był wielokrotnie nagradzany nie tylko za "Usagiego Yojimbo", ale także za pracę nad komiksem Sergio Aragorne`a "Groo the Wanderer" oraz za komiksy "Spider-Man", drukowane w niedzielnych wydaniach gazet. Otrzymał między innymi nagrody: Parent`s Choice, Inkpot Award i - wielokrotnie - Nagrodę Eisnera.
O Autorze
Stan Sakai
Poproszono mnie o przygotowanie tego wstępu, jak sądzę dlatego, że w wielu wywiadach oraz przy osobistych spotkaniach ze Stanem Sakai wielokrotnie wspominałem, jak bardzo lubię komiks o Usagim. Jestem nie mniej zdziwiony tym, że zwrócono się do mnie, jak i tym, że w ogóle tak bardzo polubiłem tę historię. Nadal mi się podoba i w tym leży podłoże mojej sympatii do czegoś co (być może niesłusznie i krzywdząco) zwykłem nazywać "kuglarską" opowieścią.
Oznacza to, że według mnie Usagi był w jakimś sensie efektem boomu na czarno-biały komiks, jaki miał miejsce na początku lat osiemdziesiątych. Kiedy zaczął pojawiać się, początkowo w odcinkach, w magazynie "Albedo" i "Critters", doskonale wpisał się w ten trend komiksu.
Ukazało się wtedy mnóstwo rozmaitych historii o milutkich, pretekstowych bohaterach. Wydawały je Aardvark-Vanaheim, Fantagraphics, Kitchen Sink i inne, mniej znaczące wydawnictwa. Kiedy patrzy się wstecz na ten okres zdumiewa, jak bardzo komiksy te były zróżnicowane. Oczywiście, tak samo jak w latach sześćdziesiątych, królowali w nich superbohaterowie, ale jednocześnie w tym samym czasie wielu autorów poszukiwało zupełnie nowych dróg. Pojawiło się znacznie mniej niż w latach pięćdziesiątych historii kryminalnych, humorystycznych oraz opowieści grozy. Także w tym czasie narodziła się nowa fala autorów komiksów, na czele z Frankiem Millerem, Mattem Wagnerem, Alanem Moorem i Howardem Chaykinem. Ludzi, którzy odkryli zupełnie nowe sposoby opowiadania historii komiksowych. Był to sprzyjający czas dla wszystkiego, co nowe. Zaowocowało to obfitością doskonałych pomysłów, dobrych pomysłów, złych pomysłów i innych pomysłów, przy czym nawet te dobre ograniczała własna formuła.
Mam tu na myśli komiksy z elegancko wymyślonym "haczykiem", które były milutkimi historyjkami i niczym ponadto. Nic nie zmuszało czytelnika do pochłaniania każdego odcinka. Pojawiało się wiele serii komiksowych, witanych powszechnym entuzjazmem, po czym, po ukazaniu się kilku odcinków, fanowie uznawali je za "dno". Dlatego szły na przecenę, a po jakimś czasie ogień podsycano na nowo... Zaś po roku o większości tych serii zupełnie zapominano.
W tym samym czasie, pośród tej całej różnorodności, pojawił się fenomen dziwnej przemiany "zabawnych komiksów o zwierzątkach". Część z nich była po prostu humorystyczna. Niektóre, wywodzące się od "Pogo", stały się raczej satyryczne. Ale pojawiały się też historie o animorficznych bohaterach, które serio podchodziły do tematu. Komiksy, których bohaterowie byli najzupełniej ludzcy, jednak zgodnie z zamysłem autorów, przedstawiani jako quasi-ludzie, zwierzęce postaci.
"Cute Bunny", "Omaha", "Usagi Yojimbo" i inne serie prezentowane w magazynie "Critters" mogły zostać opowiedziane z użyciem realnych, ludzkich postaci. Jednak dzięki elementowi animorficznemu zwracały na siebie uwagę. Sądzę, że "Usagi" mógł być po prostu opowieścią o samuraju, jednak bohater-królik pomagał mu się wyróżnić. I to działało.
Jednak równie dobrze pomysł taki mógł pogrążyć ten komiks.
Według mnie "Usagi Yojimbo" był komiksem "kuglarskim". Królik-samuraj. Fajnie. Jakie to zabawne i milutkie, ale jednocześnie jest tam i śmierć i walki na miecze. Pomysł został dobrze przyjęty i komiks, który zaczął od odcinków w "Critters", dorobił się własnej serii. I przez cały ten czas podobał mi się tak samo.
A jednak gdzieś w głębi duszy stale się bałem, iż otworzę któryś tom i stwierdzę, że już to znam i już tu byłem, tak jak zdarzało się to z tyloma komiksami tamtej ery. Historie, które na początku wydawały się świeże i bogate, bardzo szybko stawały się zwietrzałe i przewidywalne. W końcu nawet najlepsze tytuły ledwo wegetowały, choć niektóre wychodzą do tej pory. Jednak absolutna większość została do dziś całkowicie zapomniana.
A co do zabawnych zwierzątek... Wszystkie "Stwory" - z wyjątkiem "Usagiego", "Neil the Horse" i "Cuttie Bunny" - umarły. Wszystkie odeszły, ponieważ od pewnego momentu wszelkie historie jakie można opowiedzieć za pośrednictwem takiego bohatera, zostały już opowiedziane.
A co stało się z małym królikiem, uzbrojonym w wielki miecz? Wciąż był publikowany. A ja wciąż czytałem o jego przygodach. I nigdzie nie widziałem tej powtarzalności, która zawsze zwiastuje początek końca każdej serii. Dawno już dałem sobie spokój z myślą, że pewnego dnia przygody Usagiego przestaną mnie obchodzić. I seria nadal mnie zaskakuje i interesuje. Obserwuje jak Stan ewoluuje jako autor komiksu, który staje się coraz lepiej dopracowany.
Pamiętam jak czytałem w jedenastym odcinku pięciostronicowe wprowadzenie do historii, opowiadające ze szczegółami, jak wykuwa się samurajski miecz. Rozkoszowałem się tym jako wykładem historycznym, podczas gdy równocześnie scena służyła podkreśleniu dramatyzmu sytuacji Usagiego, usiłującego odzyskać swoje stracone miecze. Zastanawiałem się, jak pogodzić te elementy i nie nudzić czytelnika, tymczasem Stan doprowadził do perfekcji zdolność do utrzymywania delikatnej równowagi.
Stan nigdy nie wyrzekł się historycznego aspektu komiksu. Jego znajomość okresu, o którym opowiada, sprawia, że historie staja się autentyczne, wyjąwszy fakt, że traktują o mówiących zwierzętach. Równocześnie te historyczne wiadomości są bardzo dyskretnie rozmieszczone - autor nigdy nie popada w ciężki, mentorski ton.
Stan nie boi się również milczących, nastrojowych kadrów, a nawet całych kolumn. Jego sztuka opowiadania historii i zdolności graficzne są tego rodzaju, że może płynnie przechodzić od dialogu i ramek tekstowych do "milczących" sekwencji, przy czym jedne i drugie są dopracowane i na swoim miejscu.
Nigdy nie pozwala sobie na nadmierną oryginalność. Jego opowieści cechuje szlachetna prostota. Kadrowanie nigdy nie jest tak skomplikowane, by przeszkadzało przy czytaniu, didaskalia nie są prowadzone w pierwszej czy drugiej osobie, co zwykle oznacza, że zachowania bohaterów są wyjaśniane przez ich myśli, które nigdy nie są tak interesujące jak ich czyny.
A jacy są bohaterowie: Usagiego: jego utracona miłość Kinuko; Bezdomny Pies - ronin Inukai; może jeszcze bardziej tajemniczy Jei; i mój ulubiony, zuchwały Gen. Stan stworzył wspaniałą, bogatą galerię postaci wokół Usagiego, przy czym każda ma inne motywacje i inne wewnętrzne demony, odróżniające ją od głównego bohatera i czyniące je unikatowymi.
Myślę, że to właśnie nadaje charakter tej książce. Nie fakt, że jest opowieścią o animorfach, a główny bohater to królik. Gdyby wszystko się od tego zaczynało i na tym kończyło, wątpię, czy przetrwałby tyle lat. Nie, ten komiks jest po prostu napisany po mistrzowsku. Zawsze świeży, z nieodparcie urokliwymi postaciami i poczuciem autentyzmu. I z wartką fabułą. Kiedy czytelnik obawia się, że widział już wszystko, Stan proponuje nowy wariant opowieści samurajskiej, albo kolejne perypetie dla Usagi, które sprawiają, że zostajemy przeniesieni na nieznany, świeży teren. Ten komiks to historia opowiedziana solidnie, doskonale wykonana, pobudzająca wyobraźnię.
Opowieść klasyczna. Hmm. Chyba właśnie na tym polega ta kuglarska sztuczka, o której wspomniałem na początku.
James Robinson (Wstęp do albumu "Daisho", Egmont 2002)
"Opowieść Mistrza"
W przemyśle rozrywkowym istnieje zwyczaj, polegający na tym, że pomysły muszą nadawać się do streszczenia w kilku słowach (typowy przykład: "mam genialny pomysł: 'Tootsie' w 'Szklanej Pułapce', plus więcej golizny"). Zatem na użytek tych wszystkich niecierpliwych czytelników oraz agentów wytwórni filmowych, którzy przebiegają oczami ten wstęp, żeby dowiedzieć się, czy kupić, czy nie, przedstawię to w ten sam sposób: USAGI YOJIMBO TO KRÓLIK BUGS W FILMIE KUROSAWY, PLUS WIĘCEJ GOLIZNY. A teraz już, do licha kupcie tę książkę, idźcie do domu i czytajcie.
Tym czytelnikom, których cierpliwość powstała w czasach sprzed migającej lawiny śmieci rodem z MTV, wyjaśnię, dlaczego "Usagi Yojimbo" jest czymś wyjątkowym. Każdy zbiorek serii to kolekcja rarytasów. Nie chcę przez to powiedzieć, że kupiliście zeszyt komiksowy poszukiwany przez kolekcjonerów i łowców "białych kruków". Przynajmniej na razie nie. Jednak liczne wartości artystyczne i literackie "Usagiego" sprawiają, że ten konkretny Królik koniecznie powinien trafić na listę chronionych gatunków.
Stan Sakai to Akira Kurosawa komiksu. Nie ma u niego wrzaskliwych awantur, tak typowych dla współczesnego komiksu. Jego opowieści to również nie jest pretekst dla serii plakatów. Nie stosuje taniego mięsa i fałszywej brawury zamiast opowiadania historii. Jest człowiekiem, który całkowicie kontroluje swoje medium pod względem literackim i plastycznym. Tempo jego opowieści jest przemyślane i nieśpieszne. Nie boi się, podobnie jak Paul Chadwick, zwolnić akcji i doprowadzić do subtelnej, ale robiącej wrażenie puenty. Podobnie jak u Carla Barksa, prostota grafiki Stana wzmacnia siłę i czytelność jego opowieści.
Kurosawa zawsze rozumiał potrzebę kontrastu jako esencję sztuki. "Usagi Yojimbo" urzeka bogactwem kontrastów: delikatność-brutalność; nastrojowa opowieść - wybuch akcji; niewybredny, prostacki dowcip - subtelny, intelektualny żart.
Niektórzy autorzy najlepiej czują się w krótkiej opowieści, inni cenią bardziej epickie formy. Ten zbiór zawiera dwie długie historie, jedną średnią i cztery krótkie (...). Stan jest mistrzem we wszystkich tych formach, choć moje ulubione historie to te krótkie, poetyckie opowiadanka.
Tematyka samurajska wywołuje oczekiwanie ostrej brutalności. I brutalność rzeczywiście tak jest, jakkolwiek wątpię, czy można określić ją jako "ostrą" albo "gwałtowną". Z mistrzowskim wyczuciem Stan balansuje na cienkiej linii pomiędzy spełnieniem oczekiwań a wykorzystaniem graficznej siły, jaką daje niedomówienie. Czystość linii Stana to rzadkość w obecnym komiksie. Jego kreska odbija w pełni wpływy grafiki japońskiej. Ten wpływ jest też wyraźnie widoczny w barwnych wersjach komiksu. Niestety bezcenne folie zawierające wyciągi barwne komiksu zaginęły, więc obecne wydanie ukazuje się w czerni i bieli. (...)
Zasiądźcie w ulubionym fotelu i rozkoszujcie się kawałkiem klasyki najwyższego lotu. Niech przyjemność i rozkoszne lektury potęguje świadomość, że gdzieś tam daleko mnóstwo agentów filmowych właśnie bije się o prawa do komiksu, który w tej chwili czytacie.
William Stout (Wstęp do albumu "Cienie śmierci", Egmont 2002)
"Odkrycia"
Muszę przyznać, że z drżeniem zasiadam do pisania tego wstępu. W końcu to wstęp do samego "Usagiego Yojimbo". Zostanie wydany zbiór, z którym miałem coś wspólnego! Podoba mi się ta świadomość i dlatego w chwili, gdy mnie o to poproszono, powiedziałem: "Jasne, nie ma sprawy!".
Teraz mam jednak kłopot. Muszę napisać tekst, a niewiele mogę Wam powiedzieć, niezależnie od tego, czy jeszcze nie znacie "Usagiego", czy - podobnie jak ja - jesteście jego wiernymi czytelnikami.
Nie mogę, na przykład, zbyt wiele napisać o Stanie Sakai. Mogę Wam za to opowiedzieć o tym, jak razem lecieliśmy balonem na ogrzane powietrze. Stan przyjechał w moje okolice na konwent komiksowy, którego organizator (wyjątkowo uprzejmy Richard Finn) lubi zapewniać gościom rozrywkę w zamian za rozdawanie autografów uczestnikom jego imprezy. Tego akurat dnia wstaliśmy bladym świtem i patrzyliśmy, jak kolesie z firmy baloniarskiej rozkładają jaskrawą powłokę, włączają palniki i napełniają balon gorącym powietrzem, aż ten zaczyna rwać się do góry. Wtedy nasza gromadka wsiadła do środka i wzniosła się w przestworza.
To było niesamowite - znajomy krajobraz, oglądany z góry, stał się dziwny i egzotyczny: poranne mgły, poczucie całkowitego bezruchu, gdy świat przesuwał się pod nami, nagłe poczucie prędkości, gdy zniżyliśmy się tuż nad czubki drzew. Jeśli jesteś twórcą komiksu i Richard Finn kiedykolwiek zaprosi Cię na zjazd, zgódź się bez wahania. Sam będziesz mógł się przelecieć balonem, popłynąć łodzią przez spienioną rzekę, pojeździć na nartach, albo zrobić coś równie przyjemnego. Ale Stan? To był ten milczący facet z tyłu. Nie mogę stwierdzić, że go poznałem, choć była to pamiętna wycieczka.
Oprócz tego raz czy dwa rozmawiałem ze Stanem przez telefon, widziałem go też na konwentach, gdy podpisywał książki i szkicował królicze głowy, po które ustawiały się długie kolejki miłośników Usagiego. To miły facet - uprzejmy, przyjazny, skromny i niezwykle utalentowany - ale nie znam go na tyle dobrze, by dzielić się wnikliwymi spostrzeżeniami na jego temat.
Nie mogę też prawić wam o XVI-wiecznej Japonii, będącej tłem historii, które zaraz przeczytacie. Po pierwsze, Stan już się tym zajął, pisząc zgrabny i pouczający czterostronicowy prolog do pierwszego numeru "Usagiego", wydanego przez wydawnictwo Dark Horse. Prolog miał przybliżyć temat nowym czytelnikom i, jak sądzę, został zamieszczony albo na początku tego zbioru, albo przed dwuczęściową opowieścią "Klucha", którą oryginalnie poprzedzał [Czytelnik znajdzie go na samym początku tego zbioru - przyp. wydawcy]. Po drugie, naprawdę niewiele na ten temat wiem. W zasadzie, całą swoją wiedzę o feudalnej Japonii zaczerpnąłem z powieści Jamesa Clavella i z "Usagiego Yojimbo" - oraz zapewne z jakichś komiksów o Wolverine, śmiem jednak wątpić, czy te ostatnie można uznać za wiarygodne źródła.
To zabawne. Jestem wielkim zwolennikiem tworzenia komiksów dla określonego odbiorcy, wabienia uwagi czytelnika treścią, a nie kuszenia klientów do zakupu czegoś, co ich nie interesuje. Jeśli chcesz przyciągnąć miłośników tajemnic, zrób komiks o tajemnicach, a nie komiks o superbohaterach z tajemniczymi elementami, licząc, że to wystarczy. Jeśli chcesz przyciągnąć miłośników romansu, zrób komiks romansowy, i tak dalej. Szczerze w to wierzę, ale sam jestem zaprzeczeniem tego postulatu, jako że feudalna Japonia i przygody samurajów nieszczególnie mnie interesują. Nie chodzi o to, że unikam takich materiałów za wszelką cenę - ale też specjalnie ich nie szukam.
A jednak scenografia i kultura są niezwykle ważne dla serii "Usagi Yojimbo". Każda historia przedstawia i wyjaśnia różne aspekty tradycji i legend feudalnej Japonii. Ten album nie stanowi tu wyjątku - mamy uprawiających wodorosty rolników w "Kaiso", autentyczny (choć skorumpowany) system wioskowej sprawiedliwości i sprzedawcę klusek soba w "Klusze", skutki wpływów europejskich w "Królik, kotka i nietoperze", i nie tylko. I muszę stwierdzić, że to wszystko bardzo mi się podoba.
To prowadzi mnie do trzeciej sprawy, o której niewiele mogę Wam powiedzieć, czyli do samych komiksów. Mogę Wam za to powiedzieć, że wzbudzają we mnie ogromną grozę. Parę akapitów wcześniej określiłem pracę Stana mianem "zgrabnej", ale jest to niedomówienie. W branży ogarniętej dosłownością, Stan jest mistrzem powściągliwości - powoli i z rozmysłem przygotowuje grunt pod wydarzenia i pozwala, by historia toczyła się w niespiesznym tempie, które wydaje się szczególnie pasować do przygód podróżującego pieszo samuraja. Ale powstają też w ten sposób komiksy znacznie bardziej emocjonujące niż najjaskrawsze z rażących dosłownością historii. Powściągliwość tworzy bowiem kontekst, wobec którego przemoc i poczucie zagrożenia, wypełniające te opowieści, stają się wstrząsem, szkaradnym przerwaniem życia.
Mógłbym wskazać przykłady: spójrzcie na pierwszą stronę "Piorun uderza dwa razy", na kadry, które wybrał Stan - ptaki nad drzewami, widziana z wysoka droga i powolne zbliżenie, które pokazuje nam zwykłych ludzi, zajmujących się swoimi sprawami - tylko po to, by zburzyć ten starannie zbudowany nastrój jednym kadrem, gdzie ludzie okazują się jednak niezwykli, a Inazuma reaguje na ich nieuchronny atak. Potem przewracamy stronę i tu akcja eksploduje; pokój i piękno legły w gruzach. O ile mniej skuteczny byłby ten zabieg, gdyby Stan zaczął od akcji, nie pozwalając nam się wcześniej odprężyć i wczuć w atmosferę? (Oczywiście, niektóre historie Stan zaczyna od akcji, warto jednak uważniej się im przyjrzeć - np. w "Klusze" gniew i napięcie pościgu przeplatają się z powolnym, spokojnym marszem Usagiego, co prowadzi raczej do zamierzonego wcześniej efektu niż do eksplozji.)
Mógłbym wskazać sposób, w jaki Stan obramowuje swoje kadry - żadnych ostrych kantów, żadnych wymyślnych konturów, mających "podbajerować" stronę - tylko czytelny, prosty tok opowieści, który uwypukla piękno rysunku, skupia uwagę na treści i nastroju - i zawsze, ale to zawsze, przybliża historię, zamiast rozpraszać.
Mógłbym tłumaczyć, dlaczego tak bardzo fascynują mnie tu scenografia i kultura; Stan ma w wyjaśnianiu i opowiadaniu taką wprawę, że lekcje historii i mitologii, których nam przy okazji udziela, odbieramy nie jak wykłady, tylko jak odkrycia. Zobaczycie to na wielu stronach "Kaiso". Celem tej historii jest pokazanie czytelnikowi (i Usagiemu), na czym polega uprawa wodorostów, oraz w jaki sposób kształtuje ona życie tych, którzy zarabiają nią na chleb.
Ale o to chodzi, prawda? Przekonacie się o tym w "Kaiso". Przeczytacie pierwszą stronę "Piorun uderza dwa razy" i początek "Kluchy". Macie album. Jeśli, tak jak ja, od dawna czytacie "Usagiego", wiecie już, z czym to się je. Jeśli jesteście nowymi czytelnikami, sami się przekonacie. Tak czy owak, nie muszę Was uprzedzać zawczasu. Są rzeczy, o których chętnie bym pomówił - wątki chwytające za serce, momenty poetyckiej sprawiedliwości, zdrada i pomysłowość - ale nie chcę Wam psuć przyjemności. Przeczytacie te historie jak należy.
Co więc mogę Wam powiedzieć? Są to historie z ostatnich dwóch numerów "Usagiego Yojimbo", wydanych przez Mirage Publishing, oraz pierwszych sześciu, które ukazały się w wydawnictwie Dark Horse Comics (plus zabłąkana, poboczna opowieść z wcześniejszego komiksu Mirage). Spodobają się Wam. Nic więcej nie musicie wiedzieć.
I przy okazji pocieszcie mnie - jeśli zobaczycie mnie na konwencie, udawajcie, że osiągnąłem tym wstępem zamierzony efekt, dobra? Od lat chciałem coś zrobić dla serii o Usagim i nie zniósłbym myśli, że moja praca nie miała żadnego znaczenia...
Kurt Busiek, marzec 1998 (Wstęp do albumu "Pomiędzy życiem a śmiercią", Egmont 2002)
|
Wydarzenia
Autorzy Egmontu podczas MFKiG w Łodzi
Bachanalia i Star Force 2010
|