Batman:
"Dni Mrocznego Rycerza"
Frank Miller  16 września 1966 r.

1963 r. (a może `64? Dokładna data jest niepewna. Ale za to pamięć - wciąż żywa.)

Dom towarowy w Vermont. Mam 6 (lub 7) lat. Natrafiam na 80-stronicowy komiks-gigant z Batmanem w roli głównej. Otwieram go. Przeglądam. Wpadam po uszy. Szkoda, że nie prowadziłem dziennika. Ale kto mógł wiedzieć? Nikt. No, może Dick Giordano. Może Dick miał przezucie, do czego może dojść. Był w owym czasie redaktorem naczelnym DC Comics i to on od wielu miesięcy pchał Batmana naprzód. Bez względu na to, czy wiedział, co z tego wyjdzie, czy nie, był nieustępliwy. Był zafiksowany.
1984 rok. W wielu restauracjach i barach hotelowych Dick Giordano mówi mi, że sprzedaż Batmana jest niska. Co jednak się dzieje, kiedy przeprowadzone zostanie badanie w którymś z fanzinów? Batman okazuje się być jednym z najbardziej lubianych bohaterów. Sprawy dojrzały do ponownego wytoczenia starej armaty.
Był to jednak pewien problem. Coś, co w tym czasie bardzo mnie męczyło, a co wiązało się z Batmanem. On nie był stary, niech go. Mimo ponad 50 lat publikacji, nie miał nawet jednej zmarszczki. Był wciąż przystojny i niezmiennie liczył sobie 29 lat. Nawet jednej skazy. Nigdy nawet cienia możliwości, iż jego siła gdzieś odpłynie. Wiecznie młody, młodszy od Magica Johnsona, czy Michaela Jordana. Odporny na działanie czasu.
1985 rok. Moje mieszkanie w Nowym Jorku. Nagle dochodzę do niezbyt przyjemnego wniosku. Tuż za rogiem czają się moje 30 urodziny. Jestem zmuszony stać się rok starszy od Batmana.
W ostatnim czasie udało mi się zaakceptować fakt, iż Spider Man jest młodszy od mojego braciszka. Ale Batman? Batman? Mój ukochany bohater z lat dziecinnych? Ta niesamowita, ojcowska postać? Czy naprawdę będę starszy od Batmana?
To nie do pomyślenia. Musiałem coś zrobić.
Jeszcze tego samego roku, na pokładzie samolotu lecącego do Teksasu. Dick Giordano i ja sączymy wino i gadamy. Pełen entuzjazmu, nieporadnie przedstawiam mu zbiór pomysłów dotyczących Batmana. Podstawowy koncept to przeniesienie bohatera w czasie i opowiedzenie jego ostatniej akcji. Przeniesienie w czasie - och, tak przez przypadek - uczynienie go starszym niż ja jestem.
Odmalowałem przed Dickiem gros scen. A on mnie zachęcał. Bym nie przestawał Zaatakowałem go surową, chaotyczną fabułą, nie będącą jeszcze opowieścią. Mieszaniną fajnych rzeczy, które Batman zrobi lub powie i które doprowadzą do zupełnie abstrakcyjnego zakończenia - zakończenia jakiego DC nigdy nie opublikuje.
Na tym etapie "Powrót Mrocznego Rycerza" był - używając technicznego żargonu - jednym wielkim bałaganem. Jednak pełnym entuzjazmu. Koniecznie chciałem się za niego zabrać. A dobry redaktor wie, kiedy pozwolić zacząć. Dick uniósł kciuk do góry, bez wątpienia modląc się, czy zdoła mnie powstrzymać od uczynienia zbyt wielu szkód.
Zebranie zespołu było najłatwiejszym etapem pracy. Kiedy przyszło do pracy z innymi artystami, byłem szczęśliwy niczym głupiec; po wielokroć szczęśliwy.
Przede wszystkim mój partner od wieków, Klaus Janson, który wniósł energię i werwę w rysowane przeze mnie ołówkiem obrazki "Daredevila" Marvel Comics. Kiedy kończyliśmy pracę nad "Daredevilem", Klaus wykonywał lwią część roboty przy rysunkach, ni więc dziwnego, że kiedy zarzuciłem tego bohatera, został samodzielnym rysownikiem. Pytanie brzmiało, czy zechce znów współpracować. Cóż za szczęście: chciał.
Porzuciwszy "Daredevila", pracowałem nad moim pierwszym komiksem, "Roninem", opublikowanym przez DC Comics. Kolorami zajmowała się Lynn Varley, która plansza po planszy wprowadziła zupełnie nowy standard do komiksu. Lynn tak naprawdę przedefiniowała rolę kolorów w komiksie. Wniosła nastrój i ciepło, i głębię do moich czarno-białych szkiców, które bez jej artystycznych umiejętności były niekompletne. Nawet historia była chłodniejsza, niedokończona, dopóki ona nie dotknęła jej pędzlem. Lynn bardzo wysoko podniosła poprzeczkę innym kolorystom.
Mniej widocznym członkiem zespołu tworzącego "Ronina" był Bob Rozakis, producent z DC, który zostawał wraz z nami do późnych godzin nocnych podczas tych wyczerpujących chwil, kiedy sprawdzaliśmy efekty pracy drukarni, i rozwiązywali nieskończoną liczbę nieprzewidywalnych problemów. To był ambitny projekt, w którym niemal co godzina mieliśmy stawiać czoło nowym wyzwaniom. Wkład Boba nie był widoczny, acz znaczący. Przyłączając się do zespołu, niesamowicie rozszerzał nasze perspektywy.
Równie wielki wpływ na ostateczny kształt komiksu i na odczucia przez niego wywoływane ma dyrektor artystyczny. Neal Pozner, Richard Bruning i inni to żywe świadectwa, iż DC zawsze starało się mieć na tym stanowisku kogoś cholernie dobrego. Jak pokazuje niniejsza edycja, wydawnictwo stosuje tę praktykę po dziś dzień.
1977 rok. Mieszkanie szefa DC, Jenette Kahn. Przyjęcie. Z ciekawością przyglądam się niesamowitym opowieściom, których zbiór posiada Jenette. Trafiam na przyjemnego, dowcipnego pisarza, Mike`a W. Barra. Niemal od razu łączy nas przyjaźń. Nie mija zbyt wiele czasu, a rozmawiamy o Batmanie. Pomysły wypływają jeden po drugim. I będzie się tak dziać podczas każdej rozmowy, przez wiele następnych lat.
1979 rok. Biura wydawnictwa Marvel Comics. "Daj ten pomysł związany z Batmanem" - mówi pisarka i redaktorka Jo Duffy, w odpowiedzi na pomysł sceny, którą chce wpleść do "Daredevila". Wtedy chyba po raz pierwszy powiedziała coś takiego. Jo zawsze pobudzała i świetnie doradzała. Była redaktorem, kolegą, konsultantem i przyjacielem. Oczywiście przez następne lata miała wiele do powiedzenia o Batmanie.
Nic nie powstaje w próżni. To szczera prawda, bracie, szczególnie gdy bierzesz na cel bohatera, którego kochają całe pokolenia czytelników. Trzepoczące skrzydełkami muzy napływały podczas gadek na przyjęciach, rozmowach przy obiadkach, tudzież a trakcie pokerka.
Powiedzmy sobie szczerze. Gdybym chciał stworzyć listę osób, dołożyły coś od siebie do tej opowieści o Batmanie, nie starczyłoby miejsca na nią samą.
Tworzenie "Powrotu Mrocznego Rycerza" było niczym przejażdżka rollercoasterem - raz w górę, raz w dół; niezliczone żałosne argumenty i radosne zakończenia. Czasem, pchając cały ten wózek, czułem się raczej jak cyrkowiec niż autor. W powietrzu unosiły się muzy trzepocząc skrzydełkami.
I był też Batman we własnej osobie. Był prawdziwym szefem. Zdecydowany, obdarzony autorytetem. Miał osobowość i cel. Łatwo go było określić. Ani małostkowy ani nadąsany. Nie jęczy. Nie rozczula się nad sobą. Jest sprytny. Jest szlachetny. I co najważniejsze: jest wielki. MA wielką pasję. Nawet ciążący mu smutek nie wywołuje depresji. A jego triumf jest iście olimpijski.
On nalega. Upiera się.
A potem, paradoksalnie, głupi na pierwszy rzut oka niedorzeczny materiał powraca. Jaskinia nietoperza bez pięćdziesięciostopowej jednocentówki wydaje się niekompletna. Kiedy komisarz Gordon chce wezwać swego ulubionego, wyjętego spod prawa bohatera, nie robi tego dyskretnie, co uczyniłby pewnie każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie. Nie. On rozświetla niebo, włączając słynny sygnał. Gdybym miał do dyspozycji jeszcze z setkę stron na "Powrót Mrocznego Rycerza", być może powołałbym do życia gigantyczne maszyny do pisania i małego Batmanka.
Nigdy nie chciałem wprowadzać postaci Robin. Ale pewnego dnia narysowałem małą osóbkę w jaskrawym stroju, skaczącą z budynku na budynek, osaczoną przez szaro-czarne drapacze chmur... I tak narodziła się Robin.
1985 rok. Wysokość 30 000 stóp. Rozmawiam z rysownikiem, Johnem Byrne, o Batmanie. John mówi o Robinie. "Robin musi być dziewczyną" - powiada. wspomina rysunek Jaime Hernandeza z "Lock & Rockets". Rysunek Robina-dziewczyny. Dla potwierdzenia swej teorii, John pokazuje mi szkic własnej roboty.
Ale to Lynn Varley nadała Carrie Keane Kelley ostateczną postać. Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż Lynn redagowała i współtworzyła Robin, w tym jej wypowiedzi. To jeszcze jeden przykład, że Lynn włożyła do "Powrotu Mrocznego Rycerza" coś więcej, niż tyko paletę barw i pędzelki. Ten komiks jest tak mój, jak i jej.
Koledzy, przyjaciele i trzepoczące skrzydełkami muzy. Wszyscy byli niezwykle hojni.
No, i załatwiłem wszelki palące sprawy. Muszę jeszcze przesłać podarunek tamtemu chłopakowi z przeszłości, który otworzył komiks o Batmanie i zatopił się w nim po uszy, by nigdy do końca nie wypłynąć.

Dedykowane Willowi Jungkuntzowi (1955-1985)
Frank Miller
"Powrót innego Batmana"
Wielcy bohaterowie odeszli: Green Lantern odleciał w kosmos, Wonder Woman powróciła na wyspę Amazonek, Batman jest na emeryturze. Jedynie Superman pozostał aktywny, ale nie pomaga zwykłym ludziom, lecz wykonuje polecenia rządu. Gotham. Na ulicach miasta pojawia się nowy gang - Mutanci - anarchistyczna młodzież, która morduje dla zabawy. Na dodatek z Arkham (szpital psychiatryczny dla superzłoczyńców) zostaje wypuszczony Two-Face: były prokurator generalny Harvey Dent, który oszalał po tym, jak jeden z oskarżonych oblał mu twarz kwasem. Gotham zalewa nowa fala przestępstw... Wtedy świadkowie zaczynają opowiadać o ogromnym, nietoperzopodobnym stworzeniu, które walczy z bandytami. I rzeczywiście, Batman powraca, ale jego działania nie podobają się amerykańskiemu rządowi... Tak rozpoczyna się "Powrót Mrocznego Rycerza" Franka Millera - komiks, który rozpoczął nową erę w opowieściach o superbohaterach. Do tej pory przygody herosów w trykotach były banalne, przeznaczone raczej dla dzieci i młodzieży. Miller zaś wziął na warsztat najpopularniejszych bohaterów USA i, nie zmieniając nic z ich przeszłości, przedstawił ich w nowym świetle. Pokazał, że można tworzyć wyrafinowane historie skierowane do dojrzałego czytelnika. To on po raz pierwszy zastosował "narrację telewizyjną", która dziś jest powszechnie wykorzystywana w komiksach. Telewizja odgrywa ważną rolę w historii - w momencie pojawienia się Batmana wybucha w mediach dyskusja, szczegółowo pokazywana na stronach albumu. Superbohaterowie Millera to już nie wszechmocni herosi - okazuje się, że mają swoje słabości, a nawet - o zgrozo - starzeją się! I wcale nie są niezniszczalni. Miller odwołuje się również do współczesności, przez co jego komiksy o superbohaterach przestają być historiami oderwanymi od rzeczywistości. Rysuje bardzo dobry portret psychologiczny amerykańskiego społeczeństwa, a prezydenta wzoruje na Reaganie. Przedstawia powszechny upadek wartości i wszechobecną korupcję. W USA ukazał się trzyczęściowy dalszy ciąg tej historii, także autorstwa Franka Millera - "Mroczny Rycerz kontratakuje". Batman powraca ponownie...

Paweł "nurek" Nurzyński ("Świat Komiksu" 27, kwiecień 2002)
Kasta Metabaronów:
Metabaron i jego przodkowie
Kim jest Metabaron? Uosobieniem wojny, niepokonanym, bezlitosnym, ale i honorowym żołnierzem, którego zdolności militarne oraz możliwości technologiczne przerastają siłę armii największych imperiów wszechświata. Metabaron to jedna z głównych postaci słynnego cyklu komiksowego "Incal" - epickiej sagi, rozmachem przywodzącej na myśl największe dokonania filmowej i literackiej fantastyki. Metabaron należy do "drużyny Incala", której zadaniem jest wspieranie mimowolnego "strażnika Incala" - niezbyt rozgarniętego prywatnego detektywa klasy "R", Johna Difoola, dla którego zadanie ochrony mistycznego ni to przedmiotu, ni to istoty przed największymi potęgami świata wydaje się zdecydowanie za duże. Metabaron nie miał w opowieści o Incalu zbyt wielu szans na zademonstrowanie pełni swych możliwości. Nic więc dziwnego, że twórca sagi o Incalu - "metascenarzysta" komiksowy Alexandro Jodorowsky - zdecydował się na poświęcenie postaci Metabarona osobnego serialu.

Jodorowsky, znany ze swej scenopisarskiej płodności, której efektami potrafi obdzielić połowę czołówki grafików komiksu francuskiego, skorzystał z okazji, jaką było rozpoczęcie współpracy ze świetnym argentyńskim rysownikiem, Juanem Gimenezem. Początkowo serial o Metabaronie miał być rozwinięciem sekwencji, która nie weszła do "Incala", opowiadającej o spotkaniu Metabarona z boginią Animah - jego wielką, nieprzemijającą miłością. Jednak serial rozwinął się w dość nieoczekiwanym kierunku, przybierając formę sagi rodowej, pokazującej dzieje kasty Metabaronów od jej powstania aż do czasów "Incala". Jodorowsky wyszedł z założenia, że ukształtowanie się istoty o tak wyspecjalizowanych zdolnościach jak Metabaron nie mogło być wynikiem nawet najbardziej wyczerpującego treningu; potrzebny był do tego morderczy wysiłek wielu pokoleń, podporządkowujących własne ambicje i pragnienia nakazom rodowym.

Serial odznacza się specyficzną konstrukcją narracyjną: klamrą jest tu współczesność Metabarona i sytuacja, gdy w Metabunkrze - niezdobytej siedzibie superwojownika - dwa służące mu roboty, Lothar i Tonto, opowieściami skracają sobie czas oczekiwania na powrót pana. Wpływa to na rytm i charakter narracji, przerywanej co i raz kłótniami robotów, ich codziennymi zajęciami czy wydarzeniami zewnętrznymi. Lothar i Tonto w swych czysto ludzkich reakcjach, jak ciekawość, gniew czy emocjonalna nadpobudliwość przypominają parę blaszanych bohaterów sagi "Gwiezdne wojny" George'a Lucasa. Wnoszą do pełnych patosu komiksów niezbędną przeciwwagę humorystyczną. Ale głównym składnikiem opowieści są niesamowite, tragiczne losy kolejnych przodków Metabarona. Jodorowsky okazał się mistrzem w komplikowaniu życia swoim bohaterom, piętrząc przed każdym z nich niewyobrażalne przeszkody, których skala z pokolenia na pokolenie rośnie do kolejnej potęgi. Znakiem rozpoznawczym serii są otwarte zakończenia kolejnych epizodów, sugerujących zupełną niemożność dalszego istnienia rodu - i pomysłowe, nieraz wręcz karkołomne rozwiązania tych problemów. Scenarzysta prowadzi nas przez korowód ludzkich (a właściwie aż "nieludzkich") tragedii, których bohaterowie stawiani są stale przed koniecznością dokonywania skrajnych wyborów. A wszystko to rozgrywa się na tle epickich wydarzeń, w których wojenne umiejętności kolejnych członków rodu odgrywają pierwszorzędną rolę. Jodorowsky wykorzystał znaną z całej twórczości Gimeneza maestrię w kreowaniu zapierających dech w piersiach, sugestywnych wizji fantastycznych światów, budowli i sprzętów.

Dzięki połączonym umiejętnościom obu twórców, saga o Metabaronach stała się klasycznym przykładem widowiskowej space opery, z jaką niewiele komiksów może się równać. Serial, zapoczątkowany w 1992 roku, liczy obecnie siedem epizodów z ośmiu planowanych. Doczekał się już dodatkowego albumu specjalnego i adaptacji w postaci gry fabularnej. W planach jest także "nowelizacja", czyli przygotowanie serii książek. Jako jeden z niewielu powstałych w Europie komiksów, cykl o Metabaronach z powodzeniem podbija też rynek amerykański, gdzie publikowany jest w formie 32-stronicowych zeszytów.

Inne serie Jodorowsky'ego, związane ze światem Metabaronów i publikowane w ramach Klubu Świata Komiksu:

    * "Incal"
    * "Technokapłani"
    * "Megalex"

Wojciech Birek ("Świat Komiksu" 28, lipiec 2001)
Alexandro Jodorovsky
Urodzony 7.02.1929 r. w Chile. Reżyser filmowy i teatralny, członek słynnej grupy "Panika" (wraz z Rolandem Toporem i Fernando Arrabalem). Tworzył komiksy już w latach 60. w Chile, ale jego światowa kariera w tej dziedzinie zaczęła się w latach 80. od... niezrealizowanego projektu filmowej adaptacji powieści "Diuna" Franka Herberta. Choć ambitne plany Jodorowsky'ego (jak tło muzyczne "Pink Floyd" czy Salvadore Dali w roli Imperatora) nigdy nie doczekały się realizacji, nawiązana wówczas znajomość z Jeanem "Moebiusem" Giraudem doprowadziła do realizacji cyklu "Incal", za którym poszły następne serie. Dla Jodorowsky'ego rysowali (i rysują) oprócz Moebiusa i Gimeneza tacy twórcy jak Arno, Bess, Boucq, Cadelo, Janjetov, Beltran, Le Gall. Wszystkie jego scenariusze stanowią charakterystyczną mieszankę latynoamerykańskiego okrucieństwa i eklektycznej mistyki, nawiązującej do największych systemów religijnych i ezoterycznych ludzkości.
Juan Gimenez
Urodzony 26.11.1943 r. w Argentynie, od 1970 r. mieszka w Hiszpanii. Autor "Czarnej Gwiazdy", "Prawdziwej historii Leo Roa", "Czwartej władzy", "Mutantki" i publikowanej u nas na raty w magazynie "Komiks" "Kwestii czasu" - komiksów o tematyce fantastycznej, zrealizowanych z niemal hiperrealistyczną wiernością detalom. Gimenez posługuje się efektownym, akwarelowym obrazem z pełnymi rozmachu wizjami kosmicznych batalii i egzotycznych światów. Wszystkie te cechy posiada też cykl o Metabaronach. Poza komiksami tworzy okładki do płyt i książek oraz grafikę do gier komputerowych.
Nathan Never:
"Drugi detektyw z Italii: Nathan Never"
Nathan Never to bohater drugiego z najpopularniejszych we Włoszech komiksów. Pierwszy numer jego przygód ukazał się w czerwcu 1991 roku, również w wydawnictwie Sergia Bonellego. Podobnie jak "Dylan Dog", jest stustronicowym, czarno-białym miesięcznikiem i też odniósł ogromny sukces: co miesiąc sięga po niego 200 tysięcy czytelników.

Obaj bohaterowie mają zresztą więcej wspólnych cech. Przede wszystkim wykonują ten sam zawód. Także Nathan służył w policji, była to jednak zupełnie inna policja niż dwudziestowieczny Scotland Yard. Historia Nathana rozgrywa się bowiem w przyszłości. Stechnicyzowane społeczeństwo boryka się z takimi problemami, jak zanieczyszczenie środowiska czy wszechwładza mediów. Miasta rozrosły się do ogromnych rozmiarów i policja przestała dawać sobie radę ze zwalczaniem przestępczości. Dlatego zaczęły powstawać prywatne agencje. Jedna z nich to Agencja Alfa, dla której pracuje bohater komiksu.

Miasto, w którym mieszka Nathan, nie ma nazwy. Tę ogromną metropolię, częściowo wzorowaną na wizji Los Angeles z filmu "Blade Runner" Ridleya Scotta, określa się po prostu mianem "Miasta". Na wyższych piętrach, czyli w najnowszych budynkach, wzniesionych na starszych budowlach, mieszka elita. Schodząc na niższe poziomy, napotyka się coraz więcej podejrzanych typów. W najgłębiej położonych, zapomnianych strefach, żyją mutanci i androidy. Struktura metropolii odpowiada rozwarstwieniu społeczeństwa, w którym ludzie poddani w przeszłości eksperymentom genetycznym żyją poza nawiasem. Krytycy porównują miasto do dantejskiego piekła.

Miłośnicy science fiction znajdą w tym komiksie znajome klimaty. Wyraźnie widać w nim zwłaszcza wpływy cyberpunku (nurtu fantastyki naukowej stworzonej przez Williama Gibsona). Akcja poszczególnych historii rozgrywa się jednak nie tylko na Ziemi. Ludzkość skolonizowała już na przykład Marsa, a wokół naszej planety krążą stacje orbitalne, dzięki czemu przygody Nathana często nabierają kosmicznego rozmachu (taki charakter ma tom "Vampyrus" - pierwszy komiks z przygodami Nathana Nevera, jaki ukazał się w Polsce). Napotykamy też wątki westernowe, gdy akcja przenosi się na skażone promieniowaniem pustkowia, przypominające scenerię z filmu "Mad Max".

Sam Nathan wydaje się nie przystawać do tego świata. Na półkach w jego mieszkaniu stoją płyty winylowe, kasety z zapomnianymi filmami, komiksy i stare książki. Często zaszywa się na zbudowanej na wzór klasztoru w Szaolin stacji orbitalnej, gdzie kończył szkolenie. Usiłuje w ten sposób odciąć się od bolesnych wspomnień, które prześladują go po śmierci żony, zamordowanej w bestialski sposób. Zabójca zgwałcił tez córkę Nathana, który na skutek doznanego szoku w jednej chwili posiwiał.

Jego nowa towarzyszka życia nazywa się Hadija i ma korzenie arabskie. Oprócz niej w komiksach często pojawiają się koledzy Nathana z agencji Alfa. Szef, Reiser, często popada w konflikty z podwładnym, docenia jednak jego nieprzeciętne umiejętności. Jest też piekielnie inteligentny Zygmunt, a także piękna i zgrabna Legs Weaver (to nie przypadek, że jej imię po angielsku oznacza "nogi"), która zyskała wśród czytelników taką popularność, że doczekała się własnej serii komiksowej. Zaś sam Nathan Never stanowi obiekt fascynacji wielu młodych ludzi. Powstał o nim film animowany, a w Bolonii istnieje nawet knajpa "Nathan Pub".

Postać Nathana Nevera stworzyli Michele Medda, Antonio Serra i Bepi Vigna - młodzi, zafascynowani science fiction sardyńczycy z grupy autorskiej "Bande Desinee". Już wcześniej pracowali dla Sergia Bonellego, pisząc scenariusze do albumów o Dylanie Dogu @@link do serii@ i trzecim z wielkich detektywów włoskiego komiksu - Martinie Mystere.

Jacek Drewnowski ("Świat Komiksu" 24, wrzesień 2001; o pierwszym z włoskich detektywów czytaj na stronie Dylana Doga)
Yans:
"Yans: agent specjalny"
YANS: AGENT SPECJALNY

Yans, a właściwie Hans, bo tak brzmi w oryginale imię tego bohatera, znany jest polskiemu czytelnikowi już od kilkunastu lat. Seria ta pojawiła się w naszym kraju dzięki czasopismu "Komiks-Fantastyka", które opublikowało 5 odcinków, potem pałeczkę przejął po nim "Świat Komiksu", drukując tom szósty, zatytułowany "Planeta Czarów".

Centralnym punktem, wokół którego rozgrywa się akcja tego komiksu, jest Miasto - ostatnia ludzka kolonia na Ziemi. Żyją w nim niedobitki wszystkich ziemskich ras, które ocalały po wyniszczającej wojnie. Miasto otoczone jest Strefą, dawnym polem bitew, zamieszkałym przez zmutowane zwierzęta i ludzi drugiej kategorii, tzw. Pozamiestnych, którzy nie chcą lub z różnych powodów nie mogą poddać się rozkazom władców Miasta.

Główny bohater komiksu, Yans, jest historykiem, a jednocześnie agentem specjalnym Miasta, któremu powierza się misje mające na celu naprawę błędów popełnionych w przeszłości. Bohaterowie opowieści mogą podróżować w czasie.

Dwunastoodcinkowa jak na razie opowieść o agencie specjalnym to dowód na niewyczerpaną fantazję autora scenariusza - Andre-Paula Duchateau. Scenarzysta dość swobodnie potraktował Układ Słoneczny, w którym oprócz Ziemi umieścił nieznane planety, niespotykane rasy, przedziwne, zmutowane zwierzęta, rośliny i krajobrazy.

Jednak trzeba przyznać artyście, że potrafi zaskoczyć czytelnika ciekawymi zwrotami akcji. Na przykład świetlne miasto - Eden, do którego Miasto wysyła w nagrodę wszystkich wybrańców, jest jednocześnie Czarna Górą - będąca miejscem zesłania skazańców. Duchateau potrafi skazać bohaterów komiksu na wyrafinowane tortury. A to po wydaniu wyroku śmierci na starą kobietę przywraca jej młodość na ostatnie chwile życia, to znowu otacza Yansa klonami jego ukochanej, Orchidei, dręcząc go niepewnością, która jest prawdziwa.

W nowszych odcinkach serii na plan pierwszy Duchateau wysuwa córkę Yansa i Orchidei - Mahonię. To ona staje się główna bohaterką wielu perypetii, często cennym zakładnikiem w rozgrywkach między Miastem a jego wrogami. Bo Yansowi dane będzie poznać w końcu gorzki smak władzy, która sprowadzi na niego i jego rodzinę mnóstwo nieszczęść. Czy uda mu się pokonać wszystkie przeciwności losu i ocalić Miasto oraz swoich najbliższych? Odpowiedź na to pytanie poznacie już wkrótce.

Niewątpliwie na fakt, że scenariusze do wszystkich części "Yansa" są tak zagadkowe i zaskakujące, miała wpływ fascynacja scenarzysty historiami kryminalnymi. Duchateau jest prawdziwym profesjonalistą, jeśli chodzi o konstruowanie akcji tego typu opowieści. W wieku piętnastu lat opublikował swoją pierwszą książkę o tej tematyce. To był zaledwie początek długiej serii, która uczyniła go szybko znanym i cenionym powieściopisarzem.

Duchateau przy serii "Yans" współpracował z dwoma polskimi rysownikami: Grzegorzem Rosińskim i Zbigniewem Kasprzakiem. Rosiński rysował tomy 1-4, a Kasprzak od tomu 6, zaś album 5 stworzyli wspólnie. Prace nad następnymi odcinkami Yansa nie ustają, bo mimo upływu lat seria cieszy się niesłabnącym powodzeniem.

Ksenia Chamerska ("Świat Komiksu" 21, luty 2001)
Andre Paul Duchateau
Zadebiutował w wieku 15 lat powieścią kryminalną. Niedługo potem poznał rysownika Tibeta i za jego namowa rozpoczął karierę scenarzysty komiksowego. W 1955 roku powstała seria "Ric Hochet", najbardziej znany komiks tej pary. Do tej pory powstało ponad 60 odcinków, z czego dwa ostatnie ukazały się w zeszłym roku. Komiks ten opowiada o przygodach dziennikarza, którego pasją jest rozwiązywanie zagadek detektywistycznych. Duchateau nie ograniczał się do tworzenia jednej serii, pisał scenariusze dla wielu rysowników. W końcu w 1980 roku rozpoczął współpracę nad serią science-fiction "Hans" z Grzegorzem Rosińskim. W 1986 zaangażował się w komiks "Bruce J. Hawker" (do którego rysunki wykonał Vance). Opowiada on o przygodach porucznika angielskiej floty królewskiej. Dwa lata później został kierownikiem literackim w wydawnictwie Le Lombard. Później, ze względu na jego liczne doświadczenia w tej dziedzinie, powierzono mu odpowiedzialność za komiksowe serie detektywistyczne w wydawnictwie Lefrancq. Od 1980 tworzy scenariusze do serii "Yans" (w oryginale: "Hans").
Zbigniew Kasprzak
Urodził się w Krakowie w 1955 roku, tam też studiował na Akademii Sztuk Pięknych. Swój kontakt z komiksem zaczął od wygrania konkursu zorganizowanego przez magazyn "Relax". Marzył o zostaniu rysownikiem komiksów, niestety w Polsce po załamaniu się rynku komiksowego, nie było to możliwe. W końcu Grzegorz Rosiński, chcąc skupić się na rysowaniu "Thorgalu", zaproponował mu przejęcie serii "Yans". Obaj artyści ściśle współpracowali nad piątym odcinkiem przygód Yansa - "Prawo Ardelii", w którym trudno rozpoznać, kto co rysował. Zdobyte doświadczenia pomogły Kasprzakowi samodzielnie narysować następny tom serii. Wprawne oko wychwyci różnice między kreską Rosińskiego i Kasprzaka, ale klimat rysunku obu artystów jest podobny. W 1994 roku Kas (pseudonim Kasprzaka) poznał scenarzystę McLeoda i razem z nim zaczął tworzyć serię "Les Voyageurs" (Podróżnicy), której akcja toczy się na bezdrożach Kanady w XIX wieku. Głównymi bohaterami są Indianie i traperzy handlujący skórami. Jak sam twierdzi, rozpoczęcie tej współpracy było spowodowane przesytem science-fiction.
Wywiad z Kas'em
Jak doszło do Pana wyjazdu do Belgii?
Kas: Zaczęło się na festiwalu w Sierre w 1988 roku, gdzie z inicjatywy Grzegorza Rosińskiego zaproszono grupę polskich twórców komiksowych, m. in. Tadeusza Baranowskiego, Bogusława Polcha, Jerzego Skarżyńskiego i mnie. Zaprzyjaźniłem się z Rosińskim, a on, widząc, że mój styl jest trochę zbliżony do jego, zaproponował mi przejęcie serii "Yans". Wiedział, że gdy "Thorgal" zaczyna zdobywać wielką popularność, nie da rady sam ciągnąć dwóch takich serii. Propozycja była nęcąca, odwiedziłem więc Rosińskiego w Brukseli i na życzenie wydawcy razem narysowaliśmy album piąty. Został on zaakceptowany, więc rozpocząłem pracę nad kolejną częścią - już w Polsce. Musiałem jednak przesyłać plansze komiksowe pocztą, co było niepełnym rozwiązaniem, więc zdecydowałem się osiedlić na "jakiś czas" w Brukseli... i trwa to już 6 lat.

Jak przyjęto nowe odcinki przygód "Yansa"?
Kas: Bardzo się o to bałem, ale pomogło to, że nazwisko Rosińskiego pozostało na okładce. Recenzje w prasie francuskiej i belgijskiej były bardzo przychylne - kiedy otrzymałem wycinki z gazet, przeżyłem jedną z najwspanialszych chwil w moim życiu. Rezultaty sprzedaży były też obiecujące, ale dopiero teraz, po dziewiątym albumie, mogę powiedzieć, że seria wyszła na prostą.

Czy możemy liczyć na kolejne odcinki "Yansa" po polsku?
Kas: Po dwóch wizytach w kraju robię sobie coraz poważniejsze nadzieje na to, że "Yans" w Polsce będzie kontynuowany. Są takie pomysły, ale na razie nie mogę powiedzieć nic więcej.

Jak się nauczyć rysowania komiksów? Co radziłby Pan czytelnikowi naszego pisma?
Kas: Swego czasu ukazała się u nas książka "Sztuka komiksu" Krzysztofa Teodora Toeplitza. Stanowi ona dobre źródło informacji, choć nie wyczerpuje tematu. Są też dobre opracowania Jerzego Szyłaka. Nie ma w Polsce takiej szkoły dla rysowników komiksowych, jaka istnieje w Belgii, ale tym bym się nie przejmował, bo takie placówki zawężają horyzonty, w przeciwieństwie do Akademii Sztuk Pięknych. Oczywiście bywa różnie. W latach 70., kiedy sam studiowałem na ASP, podjąłem współpracę z "Relaksem". Do tego momentu byłem cenionym studentem, ale zaraz potem zaczęto tępić u mnie "niezdrowe skłonności" komiksowe.

Co sądzi Pan o obecnym rynku komiksowym?
Kas: Pomimo sytuacji, jaka na nim panuje, nie sądzę, żeby Polacy cierpieli na jakąś alergię na komiks. Wśród młodych polskich rysowników widzę co najmniej kilka nazwisk godnych zauważenia. Choćby Truściński, Ozga - jestem zaskoczony dojrzałością ich talentów. Zgadzam się jednak z opinią, że od strony scenariuszy nie możemy wciąż wyjść z undergroundu - są one zbyt hermetyczne, pisane dla wąskiego gron odbiorców. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że kiedy na Zachodzie gatunek przeżywał największy rozkwit i awansował do miana dziewiątej sztuki, u nas powstała olbrzymia czarna dziura. Chętnie się wybiorę z czytelnikami "Świata Komiksu" na chwytanie straconego czasu. Mam nadzieję, ze uda się to dzięki temu magazynowi.

Warszawskie Targi Książki 1998, maj. Rozmawiał Bartek Chaciński ("Świat Komiksu" 4, sierpień 1998)
Egmont 2007
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Polityka prywatności